Mój przystojny i inteligentny brat kontynuuje tradycję rodzinną, w której mężczyźni znakomicie gotują, a kobiety jedzą, pachną i mają inne zalety. Oto obiecany przepis na znakomitą pizzę, która wcale nie rusza wątroby, w ogóle nie wiem, skąd ten pomysł. Zawiera gruszkę, więc na pewno jest zdrowa. Oraz zaskakująco tania — jedna pizza (na 3-4 osoby) #zajedyne circa 15 zł.

Proporcje na klasyczną, prostokątną blachę piekarnikową.

  • 25 g drożdży piekarniczych
  • łyżeczka cukru
  • oregano
  • sól
  • oliwa z oliwek (z pierwszego tłoczenia)
  • mąka pszenna: 250 g + zapas do posypywania (dla wybrednych – można użyć tortowej 450)
  • 2 duże, twarde gruszki
  • jedno opakowanie boczku w cienkich plastrach (100 g), wędzonego lub długo dojrzewającego
  • mozarella (100-150 g, wedle uznania)
  • ser pleśniowy (lazur zielonylub niebieski, ew. odpowiednik) – jedno opakowanie (100 g)
  • czosnek – pół główki

Na początek 25 g drożdży (1/4 kostki zazwyczaj) wrzuć do 2/3 szklanki ciepłej (nie gorącej!) wody, do tego dochodzi kopiasta łyżeczka cukru. Całość należy porządnie zamieszać. Szklankę przykryć bawełnianą ścierką i dać drożdżom 10 minut spokoju. W tym czasie odważ 250 g mąki, dorzuć tam dwie łyżeczki soli, łyżkę oliwy z oliwek (prima, żadnych wytłoczyn) i – jeśli chcesz – trochę ziół (ja wrzucam oregano). Blat posyp mąką. Po 10 minutach połącz w misce zawartość szklanki z resztą, mieszaj chwilę łychą, a potem 10 minut ręcznego wyrabiania z kilkukrotnym grzmotnięciem o blat (ale dopiero jak ciasto przestanie się kleić do rąk i będzie jednorodne). Użycie jakiegokolwiek urządzenia do wyrabiania zaowocuje potencjalną zawartością klozetu, a nie ciastem do pizzy.

Jak już ciasto będzie wyrobione, umieść je na godzinę w lekko natłuszczonej oliwą misce przykrytej bawełnianą ścierką, żeby wyrosło (w ciepłym miejscu). Po godzinie (min. 45 minut) czeka Cię szybkie wałkowanie, układanie ciasta na blasze (ciasto już zawiera oliwę, więc nie powinno się zbytnio czepiać wałka – nie syp już mąki).

WAŻNE – ciasto nałóż prosto na blachę, bez papieru do pieczenia/folii itp. Zawiera oliwę, więc nie natłuszczaj blachy, nie ma po co, a efekt będzie smakowity i nie-gumiasty.

Ja robię jeszcze jeden trik – zanim nałożę na ciasto jakiekolwiek dodatki, piekę je wstępnie przez 4 minuty w 250stC – w ten sposób zwłaszcza płynne i wilgotne dodatki nie będą wsiąkać i ciasto nie zrobi się gumowato-kapciowate. Po wstępnym wypieczeniu dorzuć dodatki. Na początek bardzo drobno posiekany czosnek (świetnie sprawdza się ikeowy gadżet do siekania cebuli). Potem 3-4 mm plastry obranej gruszki (oczywiście pozbądź się gniazda nasiennego)…

 

…na to z kolei idzie starta na większych oczkach tarki mozarella. Na to plastry boczku…

 

…potem nienachalna ilość oregano, a na koniec na całość należy na drobnych oczkach zetrzeć ser z kolorową pleśnią.

Pizzę wstaw do 250stC na kolejne 12-15 minut (przed oboma wrzutami do piekarnika upewnij się, że w momencie wsadu JUŻ jest odpowiednia temperatura). Piekarnik – zwykłe grzanie góra i dół, żadnych grilli i innych pierdół.

Upieczone ciasto będzie złociste na brzegach i chrupiące.

 

Ponieważ w rodzinie jest długoletnia tradycja pizzy — potrawy łatwej, taniej oraz gotowej na najbardziej ezoteryczne dodatki — zapytałam kiedyś rodziców, jak ją robią. Każde inaczej, więc naści oba sposoby. Za jakieś trzy tygodnie możecie się spodziewać wersji mojego brata. Do tego czasu zapraszam do podsuwania pomysłów w komciach. Poniżej maile.

Mama

Kajtuś, drożdze formatu pudełka zapałek zmieszać z mąką [dodawać po garści i ugniatać] i na oko wodą oraz 3-4 łyżki oleju. Zrobić kulkę o średnicy 15 cm, natrzeć łapą wysmarowaną olejem, zostawić, niech urośnie. Nie za długo, bo ucieknie, prawidłowo, gdy podwoi format pierwotnej kulki. Musi to coś mieć konsystencję ciasta.

Nie zawsze potrzeba nasmarować blachę tłuszczem, ciasto często jest wystarczająco śliskie. Nagrzać piekarnik do circa 200 stopni i piec ok. 20 min. Świństwa na wierzch można dodać od razu. Może wyjdzie. Pietruszka po wyjęciu z pieca nie zaszkodzi.

Całuski

Tata

Dziecko, 1/3 lub 1/4 kostki drożdży (takiej po 10 dag) rozpuścić w 3/4 kubka ciepłej wody z odrobiną cukru. Wlać do 25 dag posolonej mąki. Rozrabiać w misce łyżką, żeby nie było za rzadkie. Dodać łyżkę stołową oleju. Ewentualnie przyprawy (potłuczony kminek, pieprz z młynka). Zostawić, trochę rośnie, rozwałkować na mące. Ma się nie kleić za specjalnie. Śmiecie na ciasto, do piekarnika na 25-30 minut, 180-200 stopni.

Ściskam i smacznego

 

Goldie przyniósł kiedyś na imprezę taki fikuśny garnek pełen czulentu, o północy przyniósł. Jestem dużą fanką koszernego żarcia, moi przyjaciele z Łodzi mają problem z namówieniem mnie na coś innego niż Anatewkę, ale czegoś takiego to jeszcze nie jadłam. Dla jasności — dobre było. Niestety, nie wiem, czy przygotowanie tego dania jest proste, ale przeczytajcie sami:

Czulent to tradycyjna potrawa na szabasowy obiad w domach żydowskich w naszym kawałku Europy. W szabas nie wolno było palić ognia, dlatego przygotowywało się go wstępnie w piątek przed zmrokiem, a potem odnosiło do piekarza, który akurat wygaszał piec chlebowy. Tam, w tzw. szabaśniku, potrawa dochodzi przez noc i pół dnia, przegryzając się dokładnie.

Z praktycznego punktu widzenia to wieloskładnikowa zapiekanka mięsna, pełniąca w kuchni żydowskiej rolę trochę podobną do bigosu u nas – powszechnie znany podstawowy przepis, modyfikowany na setki sposobów, zależnie od bogactwa i inwencji kucharza. Jedzenie bogate, świąteczne. Tyle, że nasze narodowe potrawy zwykle są słono-kwaśne, a w kuchni żydowskiej najczęstsze zestawienie smaków to słono-słodko-korzenny.

Aby trzymać się przynajmniej podstawowych zasad koszerności, musimy zrezygnować z wieprzowiny i masła – żadnej nierogacizny ani produktów mlecznych. Dozwolony jest drób, wołowina (nie musi być z najlepszych kawałków, to jest coś w rodzaju gulaszu, byle nie ligawa, bo twarda), baranina, koźlina. Z drobiu polecam raczej gęś/kaczkę niż kurczaka, żeby całość miała więcej smaku. Do smażenia gęsi/kaczy/kurzy smalec (w tej kolejności preferencji) lub oliwa/olej.

W składnikach występuje sporo strączkowych, które warto wcześniej namoczyć.

Podstawowa wersja (ilości są orientacyjne, można modyfikować):

Sprzęt:

  • garnek z grubym dnem, płytka na palnik lub piekarnik z ustawianą temperaturą.

Składniki:

  • 800 g – mięso różnych rodzajów
  • 2 duże cebule
  • szklanka łamanego grochu lub cieciorki (moczyć przez 2h)
  • tyleż soczewicy (moczyć)
  • tyleż fasoli, może być różnych kolorów (moczyć)
  • pół szklanki/szklanka przepłukanej kaszy (może być gryczana, można mieszać, można dać jaglanej)
  • 30 dag ziemniaków, ogranych i pokrojonych w kostkę
  • przyprawy: imbir, gałka muszkatołowa, pieprz ziarnisty (czarny, ale biały, zielony i czerwony też mogą być), opcjonalnie: ziele angielskie, liść laurowy, kolendra w różnych postaciach, podejrzewam, że nawet goździk i cynamon mógłby pasować, ale uważać, żeby nie przesadzić, cząber, tymianek, majeranek
  • do smażenia: gęsi smalec, oliwa
  • ewentualnie: wywar (rosół) do zalania
  • ewentualnie: jajka w skorupkach, czosnek w całej główce
  • opcjonalnie: ryż, marchewka, papryka, czosnek, pietruszka, ogólnie włoszczyzna i warzywa.

Cebulę zeszklić, mięso podsmażyć (można ew. oprószyć mąką). Ułożyć na dnie grubego gara warstwę cebuli, na tym warstwę mięsa, na tym warstwę fasoli, na tym warstwę grochu, posypać przypraw, zalać wodą/wywarem, na tym warstwę kaszy, na tym warstwę mięsa, na tym warstwę ziemniaków, posypać przypraw, na tym warstwę czego to tam kto chce jeszcze, zalać wodą/wywarem tyle, żeby było zalane. Kolejność warstw nie jest jakoś ściśle ustalona, ale:

  • warto nie kłaść mięsa zupełnie na samym dole, bo łatwiej przywrze
  • warto tłustszą część miesa (np. gęś) kłaść wyżej, to miazmaty się przesączą w dół
  • ponieważ tego się początkowo nie miesza, przyprawy rozparcelować po trochu między warstwy
  • pamiętać, że kasza i ziemniaki chłoną wodę, dlatego zalać kilka palców wyżej niż ostatnia warstwa – nie mogą być odkryte, bo się zeschną.

Opcje: w środek warstw wetknąć całą główkę czosnku, umytą, ale obraną tylko pobieżnie z łupinek (o dziwo, łupinki po rozmoczeniu stają się jadalne). Na wierzchu można wstawić kilka surowych jaj w skorupkach, które powinny się w toku operacji całkowicie ściąć. Solić należy umiarkowanie, na to zawsze będzie czas pod koniec, kiedy przyjdzie moment mieszania i doprawiania.

Doprowadzić na małym ogniu do wrzenia i gotować kilka minut, uzupełnić wodą, jeśli trzeba. Przykryć dobrze garnek i wstawić do piekarnika nastawionego na temperaturę 100 stopni lub trochę mniej. W piekarniku trzymać dłuugo.

Jeśli ktoś nie ma możliwości lub jest niecierpliwy, może to po prostu dusić na jak najmniejszym ogniu krócej – po dwóch godzinach składniki powinny się odpowiednio rozmaślić, to jest rozsądne minimum. Ale trochę jak z bigosem, dłużej jest lepiej. I nie wolno przypalić – akceptowalną metodą jest kilkukrotne doprowadzenie do delikatnego wrzenia, a potem wstawianie w pościel, tak jak się robi z kaszą.

Gdy my i czulent mamy dosyć, bierzemy drewnianą łychę i odkrywamy garnek, który powinien już pachnieć pod niebo. Wskazane jest wyjęcie jajek i odłożenie w bezpieczne miejsce, można też odłowić czosnek i wycisnąć z łupinek (mi się udało tak go rozmaślić, że połowy w ogóle nie znalazłem). Mieszamy całość, dosalamy, dopieprzamy, imbirujemy (ważne!), muszkatułujemy (byle nie przeangielskozielić), próbujemy, zamykamy się z nim w pokoju i celebrujemy człowieczeństwo. Dla silnych duchowo, dzielimy się ze współbliźnimi.

 

No co, normalna zapiekanka, tyle że bardzo smaczna. Mało roboty, można z resztek, można gościom, można improwizować. Można świeżą, można odgrzewać. Można zmieniać proporcje. Wszystko można. Dwie blachy wsunęliśmy cicho i błyskawicznie.

Taką zapiekankę robiła moja babcia. Jest to tanie danie służące do zapchania ludu pracującego miast i wsi. Nie mam pojecia, jak smakuje bez mięsa :)

Do jej wykonania będzie potrzebna maszynka do mielenia mięsa, albo dużo, dużo siekania i naprawdę upierdliwej roboty. U mnie w domu zawsze była maszynka do mięsa – w ten sposób wiem, że jem dobre mięsko w mielonych albo hamburgerach.

Składniki (porcja na pół stada nerdów, czyli na pełną blachę. Dla dwóch osób wystarcza na 3 dni):

  • makaron (świderki, jedna paczka standardowa)
  • kiełbasa (krakowska lub insza tania kiełbasa, dwie całe laseczki albo też pętka)
  • ser żółty w kostce (300 g w kawałku, ja preferuję ser morski)
  • puszka kukurydzy
  • puszka groszku zielonego
  • bułka tarta i trochę masła
  • piekarnik, blacha do pieczenia, papier do pieczenia
  • miska do mieszania wszystkiego

Kiełbasę wrzucamy do maszynki do mięsa na przemian z kawałkami sera i mielimy oba składniki razem. 1/4 sera zostawiamy boku.

Gotujemy cały makaron według przepisu na opakowaniu (wrzącą wodę przed wrzuceniem makaronu solimy i wlewamy łyżeczkę oleju).

Do dużej miski wrzucamy ciepły makaron, dorzucamy odcedzony groszek, kukurydzę i masę kiełbasiano-serową. Mieszamy wszystko sprawnie razem.

Włączamy piekarnik i nagrzewamy do 180 stopni.

Foremkę do pieczenia wykładamy papierem, po czym papier smarujemy odrobiną tłuszczu (masło chyba najlepsze) na ściankach i dnie. Następnie wsypujemy bułkę tartą i porząsamy, aż osiądzie na tłuszczu i przywrze tam.

Następnie do przygotowanej foremki wrzucamy połaczone powyżej składniki. Rozprowadzamy je w miarę równo po foremce, na wierzchu posypujemy startą resztką sera żółtego.

Foremkę do gorącego piekarnika na odcinek serialu produkcji amerykańskiej (czyli 40-45 min).

Uwagi końcowe:

Jako warzywo podajemy ogórek konserwowy.

Potrawa jest dobra jeszcze 3-5 dni póżniej po podgrzaniu np. na patelni. Potem makaron robi się strasznie kamienisty :)

Nie trzeba solić – można potrawę w misce popieprzyć, dodać ewentualnie trochę bazylii, majeranku czy oregano.

Dla dekoracji i smaku można na górze zapiekanki ułożyć parę plasterków kiełbasy, bekoniku czy innych zdrowych pyszności.

Jan 162012
 

Prezentujemy superprosty przepis na legendarną sałatkę, którą na każdą imprezę przynosi Deli. Za pierwszym razem sałatka była pyszna. Za drugim gospodarz zabrał miskę i wszystko zeżarł sam. W związku z tym za trzecim Deli przyniosła dwie miski. Potem było jeszcze wiele razy. Wczoraj skorzystałam z prawa pierwszej nocy gospodarza z sałatką i trochę sobie schowałam na potem, bo znów nie zdążyłabym kąsnąć. Sałatka pięknie pachnie. Koty zawsze próbują ukraść kabanosa z miski.

Potrzebne będzie:

  • 2 puszki kukurydzy
  • 2 puszki czerwonej fasoli
  • puszka ananasa w kawałkach
  • 25 dag kabanosów
  • majonez
  • czosnek (wedle gustu, ja daję 3 duże ząbki)
  • sól, pieprz
  • miska, nóż, sitko

Kukurydzę i ananasa odsączyć, fasolę opłukać na sitku i odsączyć, kabanosy pokroić. Wrzucić do dużej miski, żeby było łatwiej wszystko wymieszać. Dodać zmiażdżony czosnek i majonez (nie za dużo, tyle tylko, żeby połączyły się wszystkie składniki sałatki), wymieszać, doprawić do smaku solą i pieprzem. Zostawić w lodówce na minimum 6 godzin. Gotowe.

 

Któregoś dnia przyszła do nas Julia, usiadła przy kaloryferze i chyba dobrze się poczuła, bo potem znów usiadła. Zwykle naraża nas na obłędne ciastka, dziś postanowiła unieruchomić nerdy potrawką kurzo-ryżo-warzywo.

Potrawa prosta w wykonaniu, mocno zapychająca i pozwalająca opaść na fotel w błogim przekonaniu, że nic więcej w siebie nie jesteśmy w stanie zmieścić.

Składniki (na 6//12 osób):

  • 3//6 piersi kurczaka, pojedynczych
  • 2//4 cebule
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 3//6 pomidorów pokrojonych w kostkę ewentualnie 1//2 puszki pomidorów krojonych
  • 2//3 małe opakowania migdałów bez skórki albo nerkowców
  • 0,5//1 opakowanie mrożonego groszku
  • 1//2 papryczki chili
  • 4//8 woreczków ryżu, może być biały, brązowy wymaga dłuższej obróbki
  • 1//2 szklanki bulionu drobiowego lub warzywnego
  • garść lisków bazylii, posiekanych
  • sól, pieprz, ewentualnie ostra papryka do smaku, jeśli ktoś lubi na ostro
  • oliwa do smażenia
  • duża patelnia, duży garnek, ostry nóż

1a. Pozbyć się z piersi kurczaka niejadalnych kawałków, to co zostanie pokroić w kostkę o boku mniej więcej 2cm (albo tak na ‘jeden kęs’). Odłożyć na talerzyku.

1b. Cebulę posiekać na średnie kawałki, odłożyć na talerzyk. Ząbki czosnku obrać z łupinki (położyć ząbek na desce, położyć na nim płasko nóż, przycisnąć, z nieco zmiażdżonego ząbka zdjąć łupinkę). Pokroić czosnek, nie musi być drobno. Położyć na talerzyk razem z cebulą.

1c. Pokroić pomidory w kostkę, odłożyć na talerzyk.

1d. Jeśli dodajemy chili, to obchodzić się ostrożnie. Najlepiej w rękawiczkach, nie trzeć oczu, nie trzeć innych części ciała. Papryczki przekroić wzdłuż na połowę, pozbyć się nasionek, to co zostanie pokroić w drobne paski. Umyć ręce.

1e. Przygotować bulion w szklance, odstawić.

2. Na patelni rozgrzać oliwę, podsmażyć kurczaka na brązowo. Jeśli przygotowujemy większą porcję, to smażyć partiami, inaczej się nie przysmaży ładnie.

3. Gdy kurczak jest już podsmażony, zrzucamy go z patelni do garnka, do garnka dolewamy oliwy, dorzucamy cebulę z czosnkiem i posiekaną bazylię, podsmażamy 2-3 minuty.

4. Do kurczaka z przyprawami wrzucamy pomidory, wlewamy bulion.

5. Rozcinamy woreczki z ryżem, wsypujemy do garnka. Dolewamy tyle wody, żeby zakrywała ryż, mieszamy.

6. Dorzucamy orzechy.

7. Potrawę trzeba teraz gotować ok. 10 minut, często mieszając (lubi przywierać do dna), dolewając wody, która wyparowuje w trakcie gotowania. Wody potrzebne będzie dużo, bo ryż będzie ją wchłaniał, ale na raz nie wlewamy więcej niż szklankę. Pamiętamy o mieszaniu.

8. Po 10 minutach dorzucamy mrożony groszek, mieszamy, solimy i pieprzymy (czy paprykujemy, jeśli to potrzebne), pamiętamy o dolewaniu wody, która wyparowuje. Gotujemy do momentu, aż ryż będzie miękki. Zajmie to około 10 minut.

Gotowe. Smacznego.

PS
Jeśli ktoś lubi eksperymenty, to może dodać suszonych moreli, pokrojonych w paski. Wrzucamy je w tym samym momencie, co groszek.

 

Browniesy są straszne. Powinny być zakazane przez jakąś konwencję (szwajcarską może nie, to byłoby nie fair). XI przykazanie mojego brata – jedz brownie Jareckiego. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, zgadnijcie czemu. Nie zgadniecie. Mam jeszcze kilka kawałków w lodówce. Nie dostaniecie. Nikt nie będzie patrzył na brownie. Mine. Zrób sobie swoje. Niech mówi autor, bo chwilowo jestem nieszczelna.

Brownie jest strasznie prostym i latwym do zrobienia ciastem, aczkolwiek zupełnie nie dietetycznym. Spożywać powinno się z umiarem (a ciężko, bo dobre).

Potrzebne będzie:

  • mąka (300-350 ml, czyli półtorej szklanki)
  • cukier (około 400 ml czyli dwie szklanki)
  • czekolada gorzka (około 400 g czyli 4 tabliczki)
  • masło (kostka)
  • jajka (6 sztuk, od wesołych kurek – te od klatkowych dają ciastu gorzki posmak łez katowanego drobiu)
  • niezidentyfikowana masa orzechowa (czyli orzechy laskowe, pekany, włoskie, migdały – połamane i pogniecione na mniejsze kawałki – tyle, żeby wypełniło szklankę)
  • opcjonalnie likier czekoladowy ( 3/4 szklanki)
  • piekarnik
  • blacha do pieczenia, papier do pieczenia
  • garnek i miska żaroodporna, która do niego nie wpadnie
  • mikser daje +10 do łatwości wykonania dania.

Już po składnikach widać, że będzie hardkor :)

1. Przygotowujemy kąpiel wodną – czyli bierzemy garnek i głęboką miskę kamionkową bądź ze szkła żaroodpornego, większą niż wylot garnka. Do garnka wlewamy gorącą wodę z kranu, stawiamy garnek na ogniu, po czym na wylot garnka nakładamy miskę (dno miski ma służyć za pokrywkę, najlepiej wpuszczoną do garnka, ale niech nie dotyka wody).

Następnie do miski wrzucamy połamaną na kawałeczki czekoladę i masło (5/6 kostki) pokrojone w kawałki. Po zagotowaniu wody w garnku zmniejszamy ogień do minimum. Mamy tak zwaną kąpiel wodną, czyli para wodna ogrzewa delikatnie miskę i doprowadza do rozpuszczenia w niej czekolady i masła.

W miarę rozpuszczania mieszamy, aż doprowadzimy do stanu gładkiej (a nawet jedwabistej) masy, bez grudek ani kawałków czekolady. Jeżeli zagapimy się, nic się nie stanie (jak długo woda jest w garnku), musimy tylko pod koniec dokładnie wymieszać.

2. W dużej misce (naprawdę dużej), robimy kogel-mogel. Wbijamy 6 jajek, wsypujemy cukier (w ilości podanej na górze) i łączymy, mieszając (polecam mikser), aż do uzyskania jednolitej paćki. Potem dodajemy mąkę. I tu najpierw polecam pomieszać ręcznie, aż mąka i masa jajeczno-cukrowa się połączą, zanim odpalimy mikser (jak odpalimy mikser od razu, mąka opuści miskę i uda się na pielgrzymkę po kuchni).

Masę mączno-jajeczno-cukrową należy mieszać i miksować aż do otrzymania w pełni jednorodnej masy bez grudek i przebarwień. Możemy być tu naprawdę dokładni – obok i tak robi się kąpiel wodna, a to chwilę trwa.

3. Bierzemy orzechy,migdały itp., tniemy albo miażdżymy na małe kawałki (ale nie na pył).

Po zakończeniu punktów 1-3 w trybie multitaskingu, kończymy forka i zaczynamy pracę w trybie jednowątkowym.

Włączamy piekarnik na 200 stopni celsjusza i dajemy mu się nagrzać. Bez nawiewu.

Blachę wykładamy papierem. Papier (od strony ciasta) smarujemy uczciwie masłem (pozostałością z kostki) – aby w miarę równa warstwa krowiego tłuszczu pokryła dno i ścianki obszaru, gdzie będzie ciasto.

W rękawicach albo przez ściereczkę zdejmujemy miskę z rozpuszczoną czekoladą z kapieli, następnie starannie dolewamy całą masę czekoladowo-maślaną do dużej miski z utartą masą mączno-jajeczno-cukrową. Znowu starannie mieszamy i miksujemy wszystko razem aż do uzyskania gładkiej i jednorodnej masy. Następnie dodajemy orzechy (oraz opcjonalny likier czekoladowy) i mieszamy. Tu już nie musimy być aż tak starannie, ważne, żeby orzechy się rozprowadziły w masie.

Wylewamy szerokim gestem masę z miski, starając się większością trafić do formy wysmarowanej masłem. Wyskrobujemy resztki z miski łopatką albo łychą i opierając się pokusie oblizywania, dorzucamy do reszty masy w foremce.

Foremka z masą ciastową ląduje w piekarniku (zmniejszamy temperaturę do 180 stopni) i pieczemy jakieś 30-45 minut. Ciasto można sprawdzić, dźgając je nożem w klatę :) Jeżeli czubek ostrza będzie wilgotny i lekko pokryty ciastem, a przy okazji skorupa spieczona – jest dobrze.

Uwagi końcowe

Ciasto powinno się jeść lekko ciepłe. Wtedy jest najsmaczniejsze. Przechowane w lodówce lub zamrażarce należy lekko podgrzać, np. przez pół minuty w mikrofali.

 

Brak mi słów dla zalet tej zupy. Trochę słodka, ale trochę nie, gęsta, bardzo sycąca, a z grzankami z serem to już w ogóle orgia. W różnych pozycjach — jedni zagryzali zupkę grzanką, inni rozpuszczali chlebek z serem na dnie miski, wszyscy robili mmm. Niech Meri opowie:

Zupa fasolowa jest jeszcze mniej kłopotliwa niż ziemniaczana. Jest też nieco niezdrowa, szczególnie w większych ilościach. Można ją robić na dwa sposoby, jeden jest prosty i krótki, drugi też prosty, ale dłuższy i wymaga wcześniejszego przygotowania. Proporcja jest przewidziana na cztery średnio głodne osoby i można ją łatwo mnożyć i adaptować.

Potrzebne będzie:

  • 3 puszki czerwonej fasoli (w wersji oryginalnej i kanonicznej: półtorej szklanki suchego ziarna czerwonej fasoli)
  • 10-15 dkg boczku (może być w kostce, może być w plasterkach)
  • pół małego kubka śmietany 18% (albo jogurt, albo mieszanka obydwu)
  • sok z połowy cytryny
  • sól, pieprz i ziarna kolendry

0. Jeśli dysponujesz suchą fasolą, wsyp ja do garnka, opłucz i namocz w wodzie przez noc, a potem gotuj do miękkości (powinno zająć mniej, niż godzinę). Nie trzeba nad nią stać i śpiewać kantyczek, ale trzeba zaglądać co czas jakiś.

1. Pokrój drobno boczek i wrzuć na patelnię na niewielkim płomieniu, niech się z niego zrobią średnio wysmażone skwarki.

2. Jeśli dysponujesz puszkami, to wlej zawartość do garnka. Posól (niecałe pół łyżeczki), popieprz (powinno być pikantne) i pokolendruj (niecałe pół łyżeczki zmielonych lub zmiażdżonych ziaren kolendry), a potem gotuj przez około 15 minut. Następnie zmiksuj jak lubisz – albo całkowicie, albo tak, żeby część ziaren zostawić w całości. Dopraw połową małego kubeczka śmietany i sokiem wyciśniętym z połowy cytryny.

3. Jedz samo albo z grzankami, jak lubisz. Jest gorące, ładnie pachnie i daje miłe uczucie ciepła w jesienno-zimowy wieczór ;)

 

Wyrób ten został uznany przez publiczność, Jarecki zrobił go dwukrotnie i dwukrotnie nic nie zostało. Wykonawca przepis podpatrzył u kolegi z lat wczesnomłodzieńczych – Yogiego, za co przyznajemy mu kreditsy. Niech Jarecki opowie własnymi słowami:

Strogonow (Strogonoff, Stroganow, nosi już 1000 nazw) to pyszne i pożywne danie w konsystencji przypominajace gęsty gulasz.

Je się je z chlebem (pasuje razowy, albo dobry chlebek biały na zakwasie). W wersji ekstrawaganckiej podaje je się w wydrążonym chlebie. Uwaga: danie jest absolutnie niedietetyczne, używamy masła, śmietany i żadnych zamienników (bo wyjdzie rzadka kupa). Uwaga wegetarianie: po usunięciu mięsa zostanie coś bezsensownego. Nie róbcie tego!

Co kupić lub mieć pod ręką

  • mięso wołowe lub cielęce (w miarę chude – ja używam łopatki)
  • pieczarki
  • cebulę
  • śmietanę (ja preferuję 36%, do pierwszego zawału)
  • masło (żadne margaryny!)
  • koncentrat pomidorowy
  • pieprz i sól, paprykę słodką w proszku
  • opcjonalnie: groszek słodki w puszce
  • mąkę
  • liść laurowy (sztuk jeden lub dwa)
  • nóż, deskę, miskę albo lepiej dwie
  • patelnię, spory garnek na to wszystko, coś do mieszania

część składników do strogonowa

Przygotowanie – w nawiasach podane ilości dotyczą wyżery na 8-9 osób. Dostosuj ilości jedzenia do liczby żerowników.

Z mięska wykrawamy tłuste kawałki i ścięgna, zostawiając samo czerwone mięsko (1,5 kg). Resztki magazynujemy, psy się ucieszą. Mięso dzielimy na kawałki o rozmiarze mniej więcej główki łyżeczki herbacianej. Kawałki obtaczamy w mące (nie musi być duża ilość) tak, aby były obelpione nią ze wszystkich stron.

Następnie myjemy i obieramy pieczarki (1,5kg) (kupcie duże, będzie mniej roboty). Do obierania zatrudniamy całą imprezę, niech też cierpią.

pieczary do strogonowa

Obranej pieczarce urywamy nóżkę, a główkę, czyli kapelutek, kroimy na plasterki – nie muszą być bardzo cienkie. Możemy przy tym oddawać cześć wszechmocnej pieczarze, ale nie jest to wymagane.

Po dokonaniu tych aktów barbarzyństwa do dużego gara wlewamy wodę (2 szklanki) i wrzucamy pokruszone nożki pieczarek, dodajemy nieco masła. Gotujemy. W ten sposób przygotujemy wywar, będący podstawą całej potrawy. UWAGA: Pozostałe składniki dodajemy dopiero po zagotowaniu się wywaru, przez ok. 5 min!

W czasie gdy wywar się gotuje:

Na patelnię wrzucamy masło i rozpuszczamy je. Na masło wrzucamy warstewkę mięsa wołowego obtoczone mąką i smażymy, aż się zrumieni. Po czym przewracamy na drugą stronę i rumienimy z drugiej strony. Jak mięsko jest rumiane z obu stron – wrzucamy do gara z zagotowanym wywarem. Procedurę powtarzamy aż do wyczerpania się mięska.

mięso do strogonowa

Po mięsku na patelni ląduje cebula (też na masełku). Podsmażamy, aż się zrumieni, i do gara. Po czym wrzucamy na patelnię pieczarki (niespodzianka, bez masła) i czekamy, aż puszczą soki i się zmniejszą (pieczarek można pchać, ile patelnia zmieści, tylko trzeba je często zmieszać). Jak pieczarki są już małe i soczek z nich bulgocze – do gara!

Teraz jak mamy już podstawowe produkty w garze i się gotują, czas na śmietanę i koncentrat pomidorowy. Koncentrat pchamy łyżeczką prosto do gara, (dwie małe metalowe puszeczki).

Ze śmietaną należy wykonać następującą sztuczkę-magiczkę. Zmniejszyć do minimum ogień (gaz) pod garem i łychą z gara odlać trochę płynu (1/4 kubka). Poczekać chwilkę, dać mu przestygnąć nieco, a następnie do kubka wlać śmietanę i wymieszać, aż będzie jednolite. Tak przygotowaną mieszankę – do gara!

Czynność powtarzać, aż cała śmietana (2 małe opakowania) znajdzie się w potrawie.

Dodać pieprz, trochę soli, dużo papryki słodkiej oraz wrzucić jeden liść laurowy. Z reszty można sobie zrobić wieniec kuchennego zwycięzcy.

Wrzucić groszek (2 puszki), jeśli uznamy, że ten drobny gwałt na orginalnym przepisie nam nie przeszkadza.
Gotować jeszcze około godziny na zmniejszonym ogniu pod pokrywką, mieszając regularnie (sorry, nie oglądamy seriali w tym czasie).

Liść laurowy odłowić i wyrzucić przed podaniem potrawy.

Jeżeli potrawa wychodzi za gęsta (według naszego uznania, ja dążę do konsystencji gęstego gulaszu) – można dolać przegotowanej wody. Jeśli za rzadka – trzeba zdjąć pokrywkę i nieco odparować.

UWAGA: najlepszym czujnikiem, czy potrawa jest gotowa, jest mięsko. Jeżeli jest kruche i miękkie – można podawać. Jeżeli twardawe i łykowate – wymaga jeszcze czasu. Pamiętajcie o mieszaniu!

 

Srebrna przyszła którejś soboty z betoniarką pełną ciasteczek. Nerdy wdały się w bójkę nieco przypominającą mecz zdeterminowanej koszykówki. Miska prawie rozbiła żyrandol. Jak łatwo się domyślić, zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Oto przepisy spod pióra autorki.

ciasteczka srebrnej

1. Ciasteczka serowe (te, co zniknęły w 10 minut):

Ciasteczka mają tę zaletę, że pozostają miękkie bardzo długo. O ile się ich nie zje bardzo szybko. Druga zaleta jest taka, że jak się nie doda proszku do pieczenia, to są bezglutenowe (a jak się doda, to prawie bezglutenowe, bo to 2 łyżeczki tylko).

Składniki:

  • 200 g białego sera, możliwie kwaśnego (ale nie zgliwiałego!); przypadkowo przetrzymany w lodówce 2 miesiące po terminie z opakowania jest ok.
  • masło – 70 gramów (kostka na pół i z połowy 2/3)
  • jajka – 1 sztuka
  • kleik ryzowy albo kaszka ryżowa – sama w sobie bezmleczna! Bobovita, Nestle, cokolwiek, takie dla niemowlaków – 80 g
  • cukier – 70 g (dla zaawansowanych – fruktoza, 35 g)
  • proszek do pieczenia – 2 łyżeczki

Narzędzia:

  • miska metalowa
  • miska plastikowa na masło (mała)
  • widelec
  • blacha
  • papier do pieczenia (Jan Bezzębny jest ok)

Masło stopić dowolną metodą (skopać mikrofalą przez minutkę, wstawić w misce do większej miski z wrzątkiem), uważać, żeby metoda go nie przysmażyła.

Ser biały rozdeptać w dużej misce widelcem możliwie drobno (ale nie na homogenizowany). Wlać stopione masło do sera, rozmieszać równo. Wbić jajko (bez skorupek), rozmieszać równo.

Piekarnik ustawić na 200 stopni (bez termoobiegu).

Do miski z serem po trochu wsypywać kleik, cukier i proszek do pieczenia, mieszać cały czas, żeby było w miarę równo wymieszane. Wrzucić w misce do lodówki, niech trochę się zestali. Nie do zamrażalnika.

Wyłożyć blachę papierem do pieczenia. Odczekać, aż piekarnik dobije do 200 stopni.

Wyjąć miskę z lodówki, z ciasta odrywać kawałki wielkości pół orzecha włoskiego, rozpłaszczać, kłaść na papier. Ciut się rozlewają, ale nieprzesadnie, więc rozsądny odstęp to 2-3 cm między krawędziami ciastek.

Do piekarnika na 15 minut.

Wyjąć, odstawić na minutkę, potem podnieść papier z boków i zsunąć ciasteczka do czystej michy/na talerz.

Po upieczeniu mogą być blade, złote albo lekko przywęglone, zależnie od piekarnika. Ale wszystkie nadają się do zjedzenia. Niezależnie od wielkości upieczonej partii, jest zawsze za mała.

2. Cytrynowe:

Zaleta: trzymają formę, więc jak jest potrzeba ciastek w kształcie (czy motylków, czy gamepadów…) to akurat się nadają. Oraz pachną na całe mieszkanie przy pieczeniu. Wada: trochę to trwa i wymaga różnych narzędzi.

Składniki:

  • Mąka tortowa: 30 dkg (2 szklanki)
  • Masło: 15 dkg (3/4 kostki)
  • Cukier puder (ale drobny kryształ też ok): 10 dkg (niecałe pół szklanki)
  • Cukier kryształ do posypywania: 5 dkg
  • 3 żółtka
  • cytryna albo dwie na skórkę, zależy od oczekiwanego kopa smakowego

Narzędzia:

  • miska stalowa (bdb jest Blenda z IKEI, taka wielka, półkulowa)
  • mikser z “mieszadełkami” i “świderkami”
  • tarka drobna
  • nóż duży i ostry
  • miseczka na skórkę
  • sitko do mąki i cukru
  • stolnica
  • wałek
  • blacha
  • papier do pieczenia

Cytryny wyszorować, osuszyć, obetrzeć skórkę tarką. Mąkę przesiać do michy. Z sitka wywalić ewentualne reszteczki.

Masło niestopione, ale i nie zamarznięte pokroić na talerzyku w kostkę i powrzucać do mąki. Mikserem z założonymi mieszadełkami nieco to przemieszać, ale nie upierać się. Dodać żółtka, przemieszać ponownie.

Cukier puder przesiać do michy, a jak kryształ to wrzucić, usuwając ewentualne grudki i inne podejrzane elementy. Przemieszać do równa. Skórkę dorzucić, przemieszać krótko.

Ciasto będzie miało stan +- okruchów i mikserem się ich nie poskleja. Trzeba wziąć je w łapę i zagniatać. Jak się nie chce trzymać, bo za suche, to wrzucić do michy, dochlapać do całości 2-3 łyżki kwaśnej śmietany (albo kefiru, albo jogurtu) i zamikserować na równo. Zacznie się kleić. Posklejać i wyrobić łapami na gładkie ciasto.

Do lodówki na kwadrans.

Piekarnik nastawić na 200 stopni (bez termoobiegu). Blachę wyłożyć papierem do pieczenia.

Stolnicę posypać mąką, wyjąć na to ciasto po kawałku, wałkować na 3-4 mm, kroić na kwadraty albo dziabać foremką, wedle życzenia. Przekładać na papier na blasze, może być dość ciasno, one się nie rozlewają.

Piec 10 minut, ostudzić na blasze, zsypać do czystego pojemnika.

Modyfikacje:

* przed wrzuceniem do piekarnika popryskać wierzch ciasteczek wodą i posypać grubym cukrem.
* przy wałkowaniu posypać wierzch cukrem i wwałkować go w ciasteczka

Z podanej porcji wychodzi, zależnie od kształtu, jakiś litr ciasteczek [za mało. wiem, co mówię. za mało!].

na batonik i żaglówkę

Switch to our mobile site