Poczułam dziś w sobie rap na melodię.

Wymieniałam uwagi z kilkoma osobami o życiu freelancera.
Tak pracuje moja matka i kilku przyjaciół. Wszyscy mają
dobre rady i uwagi, podpowiadają, jak wybrnąć z zusu, enefzetu
(niezła bajera, jak na dorosłych ludzi). Ja nie płacę nic,
mówi jedna, przy moim trybie życia się skończę,
zanim coś mi zacznie przysługiwać. Siedem dni w tygodniu,
całą dobę. Tylko przez telefon i internet, z domu się nie ruszam.
Mąż wychodzi z pracy w piątek i ma w dupie. Ale ja tak lubię.

My się wszyscy zatrudniamy na lewo, mówi druga, nawzajem,
po najniższej stawce, a potem robimy na dzieło. Składki opłacone
bezpiecznie, tylko na emeryturę trzeba pamiętać, żeby zbierać osobno,
no bo halo, z najniższej stawki to pięć stów jak będzie,
to wszystkie pieniądze. To by bolało. Na trzeci filar składam,
opłacam zdrowotne prywatne – w publicznej przychodni
pół roku czekania, a ja nie mam czasu, bo ciągle pracuję.
Zresztą nie mam zamiaru przestać na emeryturze.

Kumpel ostrzega, założyłem firmę, wszystko pięknie-ładnie,
ale składki trzeba zapłacić w terminie. A taki termin
obowiązuje ciebie i urzędy,  a faktury jak wystawiasz,
to cię rucha klient długo po tym, jak jego termin minie.
Poza tym duża wolność, no i w koszta sprzęt se wrzucasz,
samochód, benzynę – ale ja nie mam samochodu! To se kupisz,
bo będzie ci szkoda czasu na dojazdy. W każdą pogodę. Czas to pieniądz.
Nie masz czasu. Robisz na zlecenie, to lecisz wszędzie jak po ogień.

Chłopak opowiedział mi historię o piłeczkach,
człowiek idzie przez życie jak pajac i żongluje czterema:
praca, życie osobiste, zdrowie, hobby, trochę lenia w międzyczasie.
Piłeczki są ze szkła, tylko jedna z gumy, ta pracowa.
Ale ludzie upuszczają je jak melepeci, rozbijają o podłogę
zdrowie, żonę, hobby, dzieci, a nad pracą się trzęsą,
praca najważniejsza, chociaż to ta piłeczka zawsze się odbije.
Nie wiesz tylko, dokąd poleci.

Zatem odkładam piłeczki, idę grać w grę, z książką poleżeć.
Przez ostatni miesiąc słabo się wysypiam i dupa mnie boli
od krzesła przy komputerze, wczoraj wysłałam do drukarni książkę,
w dni cztery stron dwieście dwadzieścia cztery, kilka okładek
zaprojektowałam, oddałam parę tekstów, szczypią mnie oczy.
A to tylko stare zamówienia, sprzed bezrobocia. Nic nowego
na razie nie biorę, jeszcze trzy teksty czekają. Kasa kiedyś spłynie,
a teraz posprzątam dom, smyrnę kota, zrobię backupy i zakupy.

Choć robótki są głównie ładne i ciekawe, bohaterka jest zmęczona.
Pojutrze wychodzę. Do fortu z foteli i koca na środku pokoju.
Na spacer ze świeżym powietrzem, na basen, do knajpy na kolację
i te wszystkie rzeczy odkładane przez cały czas, kiedy etat
nie starczał na życie, a czas wolny szedł w fuchy i frustrację.

Po latach przyzwyczajeń jest teraz moment, żeby popatrzeć
na życie poza fabryką, pójść jak do zoo na ulicę, z notatnikiem,
zapisać sobie w nim pomysły na zrobienie nowych rzeczy.
Nie po to wyszłam z etatu, żeby się dalej zniewalać
i łańcuchem łeb przygniatać. Czas się poopierdalać.

Dobry plan? Uda się?

 

Różne są rodzaje rejdżu. Sama miewam bardzo agresywne przypadki gamerage, kiedy mam ochotę wbić kontroler w telewizor i wrzeszczę “K[expletive deleted], GRA DLA DZIECI DO LAT TRZECH, JA P[expletive deleted], GRA MA BYĆ PRZYJEMNA DLACZEGO JĄ TAK SP[expletive deleted], ARGH, CH[expletive deleted] J[expletive deleted] OBY SZCZEŹLI”. Jest to śmieszne i straszne, sądząc po reakcjach publiczności, która wtedy zwiewa do kuchni.

Ostatnio mój tata złapał straszliwego rejdża na T-Mobile, które ruchnęło go na dwie stówy. Jest on bardziej metodyczny ode mnie, więc ponieważ reklamację załatwili mu odmownie, to jak go znam, namówi wszystkich znajomych do wyniesienia się stamtąd, przestanie mieć komórkę oraz pójdzie do sądu.

Niektórzy łapią równie zabawnego rejdża na portale społecznościowe i wynoszą się z nich z hukiem w odcieniu butthurtu. (Jeśli ktoś potrzebuje, mogę na końcu dopisać słowniczek, ale wydaje mi się, że większość obcych słów jest self-explanatory). Potem zwykle wracają, gdyż stany emo stanami emo, a nałóg się domaga pokarmu.

Jest jeszcze stan przeciwny, mały zen, zenek. Lubię go, kiedy przychodzi w ogniu walki i ogarnia bezlitosnym spokojem.

Wielokrotnie miałam go w pracy, która wtedy przez większość czasu polegała na gaszeniu pożaru w burdelu. Bardzo sobie chwalę. Serio, odrobina zdrowej perspektywy (czy ktoś grozi śmiercią albo jeszcze czymś gorszym?), pół sekundy ustawienia priorytetów (po pierwsze, nie dać się zwariować), plan tymczasowy (wszyscy sio stąd, korekta lewo na burt, zrefować zajawkę) i jechane.

Czasem miewam też złyzen. Od natłoku wszystkiego robi mi się wszystko jedno. Jest bardzo męczący, bo rodzi się z przemęczenia, a w trakcie nie da się wypocząć. Kiedy minie, trzeba wykonać mnóstwo ruchów, żeby znów było w miarę przyjemnie, czyli dokładnie posprzątać latające po mieszkaniu kłaki stepowe. Sama myśl o sprzątaniu przesuwa w dal wyjście ze złegozenka. To nie jest stan, który do czegokolwiek prowadzi, to jest tylko i wyłącznie męcząca strata czasu. Okropnie nie lubię się męczyć.

Zdecydowanie wolę rejdża.

Czuję się wtedy jak pojazd opancerzony, którego jedyny problem to obranie kierunku. Na szczęście mam wbudowane pierwsze prawo robotyki, więc nie strzelam do ludzi. Kreatywność mi skacze, a kiedy już mam cel, rejdżyk przekształca się w zenka. Wtedy determinacja przywdziewa adamant. W zasadzie rejdże to jeden z najczęstszych powodów, dla których raz na jakiś czas się wykolejam i robię coś, co potem fajnie wspominać. (Drugi to ciekawość, trzeci to kompletny brak wyobraźni).

Z części tych butthurtów nie wynika nic konstruktywnego, człowiek tylko zaleje się pianą, a potem ma żal. Jednak można inaczej, np. taki Brian Lam jak się wściekł na marketingową pogoń za nowinkami technologicznymi, to założył sobie Wirecutter i wygląda na to, że dobrze się bawi. Zły Major zeźlił się na to, że nie ma komu poprowadzić przygody, więc otworzył Wrzutnię nocną. Zill miał wyżej uszu różnych świństw w swojej branży i zaczął pisać Inżynierię Wszechświetności. Dla mnie czysty zysk.

Też zrobiłam niedawno parę eksperymentów, ugniatałam złegozenka, aż wystawił kolce, i na przykład:

  • przestałam palić (zaczęłam znów z przyczyn zdrowotnych[1], ale to, mam nadzieję, tymczasowe)
  • złożyłam wypowiedzenie po prawie 12 latach.

Dobry zenek podpowiada, że co prawda wychodzenie ze swojej strefy komfortu samo w sobie nie jest przyjemne, ale najczęściej prowadzi do czegoś przyjemnego. Chociażby do nauczenia się czegoś nowego. W ogóle nie rozumiem, dlaczego to się nazywa “strefa komfortu”, skoro najczęściej polega na przyzwyczajeniu się do dyskomfortu.

Bycie niepalącym w ogóle nie jest przereklamowane — człowiek wysypia się i budzi zupełnie nieprzyduszony, tak jak wtedy, kiedy był młody, energiczny i największy problem stanowiły pryszcze, głupia pani od matmy i niska samoocena. Dwa dni ślinienia się przy odtruciu to doprawdy niski koszt.

Bycie przyszłym bezrobotnym też jest ciekawe. Jak w każdym toksycznym związku, samo wyjście było natychmiastową nagrodą za dzielność. Oprócz tego w życiu nie miałam tyle roboty, co w ostatnich tygodniach. Aż nie mam czasu szukać tzw. normalnej pracy. Odpocznę w kwietniu. Okazało się, że umiem różne rzeczy, których nie robiłam od nigdy, a także ludzie chcą mi płacić za coś, na czym położyłam laskę jako źródle utrzymania (trzymajcie kciuki). Jak się nie uda, to przynajmniej spróbowałam. Ustawiłam się umysłowo w pozycji, w której jak będzie trzeba jechać po czynsz na szmacie u obcych ludzi, to też fajnie (a jak będzie niefajnie, to dzierżąc mopa, pożegnam się i wyjdę).

Dlaczego rzuciłam pracę, mogę opowiedzieć za jakieś dwa lata, kiedy wygaśnie mi klauzula w umowie.

(Podziękowania: dla złego majora za paliwo, dla wujka za siatkę bezpieczeństwa, dla Anety za linka do wirecuttera, a dla ziomów za inspiracje).

[1] Mam pewne schorzenie przewlekłe, przy którym musiałam rozważyć mniejsze zło i właśnie palenie było malutkie i płakało.

 

Bardzo się cieszę, że internet wszedł wreszcie do mainstreamu. Haha. W sensie, że władze energicznie wyciągają rękę z nocnika i rozmawiają na przykład o informatyzacji (infrastrukturze i edukacji w temacie) i o domenie publicznej (czyli dziełach, dla których wygasły majątkowe prawa autorskie, można zatem korzystać, poznawać, przetwarzać, rozpowszechniać w zasadzie bez ograniczeń[1]). Jest dyskusja w mediach i w domach, są, tfu, do kroćset, “dzieci sieci” i “wykluczeni cyfrowo”, są “zagrożenia” i “korzyści”.

Internet zdobył ostatnio dużo sławy ze względu na to, że jego użytkownicy domagali się udziału w debatach o sprawach, które ich dotyczą — co ministrowie komentowali z takim trochę zaskoczeniem; tak jakby ludzie doświadczeni olewali rozmowy o emeryturach, a rodzice machali pogardliwie w kierunku reform w edukacji czy dostępności żłobków. No, ale nie o tym chciałam.

W każdym razie ostatnio pada dużo fajnych haseł, m.in. ludzie z radością oznajmiają, że w internecie jest wszystko i jaka ta sieć jest ważna, najważniejsza, przyszłość, nadzieja, wyrównanie szans, pornografia, ogólna ekscytacja.

Otóż w internecie nie ma wszystkiego.

Nie mam na myśli, że nie ma dostępu do licznych dzieł literackich i prac naukowych, możliwości załatwienia spraw urzędowych ani recenzji usług poszczególnych hydraulików. I innych rzeczy, które powinny być w sieci, a jeszcze ich brakuje.

Chodzi mi o to, że w internecie nie ma:

  • świeżego powietrza
  • endorfin wywołanych wysiłkiem fizycznym
  • błysku w oku rozmówcy
  • groźnego, ostrzegawczego błysku w oku rozmówcy
  • źrenicy oka rozmówcy
  • feromonów
  • zapachów
  • mowy ciała
  • a co z tego wynika, nie ma niektórych kontekstów
  • księżyca w nocy
  • tego uczucia, kiedy słońce grzeje z góry, a piasek smyra w stopy
  • tego uczucia, kiedy człowiek odpina taśmę asekuracyjną, żeby zjechać 30 m w dół na linie
  • kawy i ciastka lub kebsa z ziomami
  • wódki z ziomami
  • kociego futra pod palcami
  • dotyku drugiego człowieka
  • basenu (koniecznie chlorowanego, żeby plecy swędziały)
  • spaceru z psem
  • prawidłowej diagnozy medycznej
  • fizjoterapii
  • jazdy motocyklem/rowerem
  • smaru lub gleby pod paznokciami (chyba że wybitnie brudna klawiatura)
  • szafki własnoręcznie przez ciebie polakierowanej na lepszy kolor
  • proszę dopisywać do listy

Nie mówię, że to źle (bo czasem dobrze). Po prostu nie ma i już (tak samo przez telefon nie widać, czy interlokutor jeszcze śpi, dzięki czemu udało mi się swego czasu wielokrotnie nie pójść do szkoły). Fajnie by było nie zapomnieć o ćwiczeniu obwodów odpowiedzialnych za powyższe. Zwłaszcza że idzie wiosna, która sprzyja lekkiemu wysiłkowi fizycznemu oraz przyświeca naturalności konserwowania stosunków interpersonalnych.

Właśnie rozmawiałam z matką (na skajpie zresztą) o tym, że ludzie, nie znając się osobiście, gadają przez internet, budują sobie obraz rozmówcy, taki projekt jakby. Po drugiej stronie siedzi człowiek, z którym nawet możesz gadać o wszystkim, bo tak się świetnie rozumiecie, ale go nie znasz, bo masz tylko głos w swojej głowie. Niby żadne odkrycie — przecież w internecie nikt nie wie, że jesteś psem.

Po ośmiu godzinach dziennie spędzanych w swojej piwnicy z komputerem masz szejset zajebistych frendsów i pół biedy, jak wesoły charakter pozwala ci się cieszyć na ewentualne spotkanie (jak to z obrzydzeniem w głosie powiedziała matka, “w realu”), a lekkość ducha i zamiłowanie do kości pomaga założyć, że druga strona ma podobnie (a nie akurat miota się w ataku paniki). Masz też prawdopodobnie skrzywienie kręgosłupa i lekkie niedotlenienie. Mój punkt będący: idź na spacer, najlepiej w niemęczącym towarzystwie. Tak żeby nie wyjść z wprawy.

[1]
Np. “Mein Kampf” za parę lat będzie w domenie publicznej, ale jego rozpowszechnianie ograniczać będą inne prawa niż autorskie majątkowe.

Feb 252012
 

Ponieważ ulegam mądrym i pięknym kobietom, które regularnie namawiają mnie do złego, a potem zmawiają się między sobą, a następnie pokazują wszystkim, do czego mnie namówiły, a oprócz tego mówią o mnie dobrze, w sobotnio-niedzielnym wydaniu “Gazety Wyborczej”, na stronach “Magazynu Świątecznego” możecie przeczytać mój tekst.

Jeśli nie chcecie czytać, to na okładce jest George Clooney.

Nie wiem, jak działa e-wydanie, czy ktoś korzystał? → update: dostęp do pełnej treści artykułu można kupić za grosze na stronie “Magazynu Świątecznego”.

Oto zajawka na wyborcza.pl (nie czytajcie jej, na papierze jest fajniej, poza tym #spoileralert).

Tak zapowiedziało mnie “Metro” (także #spoileralert, i oraz od strony drugiej w głąb ciągnie się zeszłoroczny komiks  o IPv6), a tak piątkowa “Wyborcza”.

Albo dobra, naści Clooney:

źródło: Agora

———–
Ku pamięci zachowam sobie tu lanserskie wątki z G+.  1234, 5.

A tu ego-boostery odłożę, żeby się przy nich grzać w długie, wietrzne wieczory: 1 (eng.), 2, 3, 4, 5, rozczulający 6 oraz mój faworyt masochistycznie chodzący za mną po sieci 7.

 

Kolekcjonuję powolutku listę epitetów, którymi obdarza mnie rodzime ciało polityczne. Dziś jedną obelgę mi zabrano — przestałam być warszawiakiem. Anna Nehrebecka, przewodnicząca komisji nazewnictwa w Radzie Warszawy, była uprzejma ubolewać, że publiczność wyśmiewa się z jej ciężkiej pracy.

Źródłem jej przykrości jest to, że nie podoba mi się pomysł przemianowania stacji metra. W odwecie postanowiła zabrać mi stołeczną legitymację tymi słowy:

[Świętokrzyska PAST-a] Nie z naszej intencji nazwa została wyśmiana i ośmieszona. Trudno mi powiedzieć, komu się nie podoba, ale to raczej nie są warszawiacy
- Anna Nehrebecka, źródło

Domyślam się, że od częstych kontaktów z kombatantami traci się poczucie humoru, wzrasta poziom stresu oraz kumuluje się agresja, którą gdzieś trzeba w końcu wypuścić. Ale czemu w moim ogólnym kierunku?

Większość mojej rodziny zginęła na wojnie, w powstaniach i obozach koncentracyjnych. Ci, co przeżyli, starali się sprzedać kolejnym pokoleniom minimum traumy, ale maksimum prawdziwej historii (z tym pierwszym udało się różnie, ale podkreślam, starali się). Nie mieli w domach ołtarzyków swojego poświęcenia i nie domagali się uznania. W czasach różnych okupacji napierdalało się, bo właśnie to trzeba było zrobić, a teraz trzeba żyć tak, jak innym się nie udało, i cieszyć się, że można. Popisali książki i wspomnienia, zostawili nam pudełka z orderami, jak następne pokolenia będą chciały wiedzieć więcej, będą miały gdzie szukać. Historię cioci Celiny, która była najmniej docenionym, ale moim największym i najbardziej dracznym bohaterem wojennym, odkładam do innej noci.

No ale wracając do komisji nazewnictwa,  powiedzmy też sobie szczerze, jej prace są źródłem wielu znakomitych radości. Tu artykuł z dziesięcioma przykładami z brzegu. Moimi prywatnymi faworytami wśród skrzyżowań budzących sympatię i uśmiech o poranku są: róg Żołnierzy Wyklętych i Zachodzącego Słońca, ul. Batalionu “Pięść” przechodząca w ul. Małego Franka oraz ulica Zgrupowania “Żmija”  – przecinają ją ulice Zgrupowania “Żyrafa” i Zgrupowania “Żubr”. Kinky stuff.

A propos wymawiania nowych znaczków, które koniecznie mają być użyte w nazwie stacji Świętokrzyska-PAST-a, skojarzył mi się skecz z serii A Bit of Fry and Laurie:

Your name, sir?

W ogóle wiecie, ile kosztuje zmiana nazwy ulicy albo stacji metra? Wszystkie te dowody osobiste, tablice, przystanki? Też nie wiem w pieniądzach, ale w ogromie pracy podsumował Radkowiecki we wnikliwej noci.

Nawiasem mówiąc, uważam, że walczącym o niepodległość należy się szacunek i coś podtrzymującego pamięć. Tablica na przykład. W ogóle nie wiem, czy wiecie, ale kombatanci mają własny urząd, który ma w statucie m.in. “upowszechnianie tradycji walk o suwerenność i niepodległość Polski”. Dlaczego upierają się przy nazwach ulic, nie bardzo rozumiem. Nie będę powtarzać argumentów, które zwykle padają podczas dyskusji nad kolejnymi propozycjami uhonorowania jakiegoś ważnego plutonu czy batalionu, bo uważam, że nie należy mnożyć przykrości.

Nie rozumiem także, dlaczego koniecznie trzeba nazwać most imieniem MSC, chociaż we wszelkich papierach i na mieście jest on już od dawna Północnym. Ku pamięci, oto lista radnych głosujących w tej sprawie.

Koniec nawiasu.

Tak czy inaczej, już mam trochę dosyć. Ciągle ktoś sobie coś mojego zawłaszcza — prawicowe oszołomy przejmują i brudzą uniwersalne symbole, do których potem obciach się poczuwać (dziękuję Zillowi za pogadankę na ten temat, mam nadzieję, że zrobi o tym kiedyś notkę), ACTA skacze na prawa obywatelskie, kombatanci cierpliwie i stanowczo żądają nazw ulic i zielonych skwerków. Politycy, którzy mają dbać o równość i demokrację, a także o moją reprezentację, pokazują mi wciąż TAKIEGO wała. Obywatel przeżuje po cichu trochę frustru i wróci do roboty, bo denerwować się, to mścić na swoim zdrowiu za cudzą głupotę.

Jednak ponieważ nie jestem mierna i nie zamierzam być bierna, pozostaje mi tylko wierność. Zatem w imię wierności pewnym kurwa mać zasadom, proponuję podpisać petycję – zbierzemy głosy, a potem się zobaczy.

W ogóle mam w nosie, czy ktoś jest warszawiakiem czy nie. Nie wiem, czy w innych miastach władza podejmuje decyzje uliczno-nazewnicze z sensem, czy nie nadymają się patriotycznie, czy nie podlizują się jednym grupom wyborców, obrażając inne. Proszę podjąć decyzję o udziale wedle uznania.

Dla wnikliwych linki:

Tekst ten ukazał się także na wysokieobcasy.pl pod tytułem “Kabaty carbonara”.
Jan 292012
 

Droga praso i drogi dziennikarzu, a także polityku i ekspercie. Wraźcie sobie w notatniki, że ja, będąc przeciwnikiem ACTA, sposobu jej wprowadzenia, zachowania władz wokół sprawy oraz tworzenia prawa nieprzystającego do rzeczywistości, nie jestem:

  1. dzieckiem fejsbuka
  2. dzieckiem neostrady
  3. gimbusem
  4. studentem
  5. internautą
  6. zakręconym zajawkowiczem
  7. zmanipulowaną owcą
  8. złodziejem
  9. piratem
  10. roszczeniowym gówniarzem
  11. actywistą
  12. “młodymi ludźmi”
  13. osobą przed trzydziestką
  14. terrorystą
  15. tchórzem
  16. fanem Zbyszka Hołdysa
Żebyście mieli trochę łatwiej, podpowiem, że jestem:
  1. zwykłym obywatelem
  2. …korzystającym z prawa do głosowania
  3. osobą wykształconą i oczytaną, przebiegłą w mowie i piśmie
  4. klientem i użytkownikiem internetu (jak znakomita większość społeczeństwa)
  5. krytycznym obserwatorem rzeczywistości
  6. twórcą
  7. uczestnikiem kultury remiksu
  8. odbiorcą niszowej kultury
  9. nadawcą niszowej kultury
  10. fanem seriali i gier w angielskiej wersji językowej
  11. zwolennikiem wygodnych kanałów dystrybucji treści
  12. świadoma proporcji, w jakich obecnie rozkłada się finansowanie twórcy i pośredników
  13. świadoma swoich swobód i sposobu, w jaki ACTA na nie wpłynie
  14. osobą przewlekle chorą, która chciałaby leczyć się generycznymi lekami
  15. niełatwa do wyprowadzenia na ulice
  16. troszeczkę wkurwiona

Postaram się jeszcze popracować nad tą listą, w miarę jak będziecie dalej się kompromitować.

—edit
Dodatkowe komentarze w wątku na G+

Jan 282012
 

Żeby było jasne, też mnie ACTA irytuje. Głównie dlatego, że cała akcja była pełna kłamstw, niedomówień i kompromitacji, a także wszyscy mają mnie w dupie. Staram się obserwować na bieżąco, ale nie idzie mi łatwo, bo trochę jest pożar w burdelu. Poszłam sobie nawet z transparentem wczoraj pod kancelarię premiera (chociaż było strasznie zimno).

not much, but still.

Ale też dużo mnie rozśmiesza. Spiszę sobie, żeby nie zapomnieć (poza tym oczywiście będzie się jeszcze działo). Sorry, że chaotycznie i na pewno nie wyczerpująco, ale jestem zmęczona i nie mam czasu.

1. Prasa rozpisała się radośnie o tym, że władza się wystraszyła, kiedy “użytkownicy internetu wyszli na ulice”.  Samo sformułowanie jest zabawne na wielu płaszczyznach, co nie?

Umówmy się, władza bała się wcześniej — wtedy, kiedy przepychała ACTĘ przez rybołówstwo i kiedy zaprosiła na tzw. konsultacje społeczne parę organizacji dobranych według ezoterycznego klucza, żeby potem zignorować wnioski.

Mam przed oczami, jak siedzi sobie paru urzędasów i debatuje:

- To jak, jedziemy wierzchem czy przepychamy boczkiem?
- No weź, przecież to tylko formalność, wszyscy podpisują, nie ma co robić hałasu, bo wzbudzi się paru nawiedzonych aktywistów od internetu. Boczkiem, może nikt nie zauważy, będzie spokój.

Okazało się, nahle!, że do liczenia nawiedzonych aktywistów wyjęto za małe liczydło. Niektórym jeszcze się wydaje, że w internecie mieszka kilka osób na krzyż — to takie urocze.

No ale co prasa, żeby nie powiedzieć media (nie powiedzieć, bo nie oglądam telewizji i nie słucham radia). Dlaczego najwięcej dowiedziałam się nie z prasy, tylko z a) tekstu porozumienia, b) komentarzy i analiz blogerów, c) komentarzy i analiz znajomych na G+, d) śmiesznych obrazków z internetu?

Na przykład gdzie porządnie przygotowany, przejrzysty tekst o tym, co będę mogła robić, a czego nie, kiedy wejdzie nowe prawo — w punktach, z gwiazdkami tam, gdzie potrzebna interpretacja? No dobrze, rozumiem, że skoro politycy tego nie wiedzą, to nikt nie wie, a prasa ma kryzys oraz tylko świeże njusy nie jadą zgniłą skarpetą.

Z ostatnich publikacji naprawdę przyjemnie czytało mi się ten tekst, mogę go polecić komuś, komu nie chce się przedzierać przez cały ten bałagan. Mamo, przeczytaj! I jeszcze ten. Jeśli ktoś chce śledzić wydarzenia, polecam mikołajowego gieplusa, same dobre linki tam znajdzie.

A wcześniej co się działo, że afera wypłynęła w mediach parę dni przed podpisywaniem? Dlaczego, żeby teraz wszystko to ogarniać, muszę mieć sześć par uszu, ekran podzielony na cztery okienka i godzinę dziennie na parsowanie danych?

W sumie dla mediów nie mam znaczenia, ważne jest bombardowanie newsami bez opamiętania.

2.  Dla przeciętnego użytkownika, który nawet nie musiał czytać treści porozumienia, jest raczej jasne, że w ACTA nie chodzi o interesy twórców i artystów, tylko koncernów i wydawców — tych ze Stanów. Dlatego do łez rozśmieszył mnie Hołdys, a doszczętnie rozłożyła strona stratakazika.pl  (skrinszot, bo strony już nie ma; szybko poszło). Średnio ogarnięty posiadacz angielskiego w gębie oraz internetu w kompie napatrzył się na amerykańską aferę SOPA/PIPA, poczuł się i wyciągnął wnioski.

Podobno tak naprawdę miało chodzić o obrót podróbkami and stuff, tylko że rezolucje i prawa piszą ludzie, którzy nie do końca jeszcze kumają, jak działa powiedzmy internet, już zapomnieli, skąd się wziął, a także mieszanie systemów walutowych przychodzi im z nonszalancką swobodą.

Zaraz, bo co mnie w tym śmieszy. Mianowicie skoro prawa zamówione przez tych lekko przekupionych akceptują ci lekko niezorientowani, to potem przyjdą do mnie na chatę tacy kompletnie zagubieni, zarekwirują mi komputer (zrobienie mirrora celem zabezpieczenia dowodów i zostawienie mi narzędzia pracy? no halo!) i sami nie wiedząc, co jest użytkiem dozwolonym, co twórczą inspiracją, a co łamaniem którego prawa, będą bez zrozumienia słuchać, jak udowadniam, że nie jestem wielbłądem. Hilaryjne!

3. Politycy. No proszę siadać, taki dali pokaz.

Najpierw pokazali takiego wała, a nie konsultacje społeczne. Ponieważ jeśli chodzi o prawo, które będzie mnie dotyczyć (zarówno jako usera, jak i twórcy), nie mam znaczenia.

PiS awansowało mnie z piwnego pornonauty na przedstawiciela awangardy rewolucji o wolność i referendum. Jarkacz co prawda tekstu ACTA nie przeczytał, ale za to dużo słyszał o tym w mediach. Niesamowici są, co?

PO nie była w stanie nawet z grubsza ustalić spójnej linii i spaliła Boniego. Potem, zamiast na chwilę się skoncentrować, plątała się w zeznaniach, szukała innych winnych (mistrzostwem świata była próba wysypania wiadra gówna na głowę Streżyńskiej, jedynej osoby w polityce, która cieszy się jakimkolwiek branżowym szacunkiem wśród takich użytkowników internetu jak, powiedzmy, ja), kasowała komcie z fejsika (grzech śmiertelny), and to add an insult to injury, dała się dzieciakom shakować.

Ruch Palikota przytomnie nie mówił wiele i zgodnie ze swoją linią szybko przywdział fawkesowskie maseczki. Co prawda poselstwo siedziało w nich fotogenicznie w parlamencie, zamiast kręcić bombę, ale niech będzie — posunięcie niezłe. Ciekawe, co planują.

4. A kiedy Stany powiedziały, że nie zamierzają ratyfikować porozumienia, które wciskały arenie międzynarodowej po samą falbankę, to już się śmiałam w głos. (Wisienką na torcie był któryś z ichnich lobbystów, który piłował ryja, że przecież zapłacił za ustanowienie nowego prawa i lepiej, żeby władze wywiązały się z tą SOPĄ). Dla amerykańskich korporacji zresztą nie mam znaczenia tak bardzo, że nie pozwalają mi zostać klientem, rezerwując mi wyłącznie prawo do zostania złodziejem (ale o tym napiszę coś porządniejszego kiedy indziej, z innego punktu niż siódme).

5. Łobuzerskie wybryki gnojków, którzy nazywają siebie hakerami. Dla nich też nie mam znaczenia, podobnie jak nieistotny jest cel protestów czy jakość debaty. Ważniejsze jest pomachanie pytongiem ku uciesze swojego gówniarskiego stada oraz pokazanie tym lamerom w rządzie, że potrzebna jest reforma edukacji, bo z ortografią i interpunkcją nie jest u młodzieży dobrze.

6. A najlepszą komedią dla mnie jest to, że zwolennicy wolności i swobody w internecie skrzykują się za pomocą facebooka.

Tymczasem na wszelki wypadek mam prośbę do istot w mundurach, które przyjdą aresztować moją maszynę. Ogarnijcie się wcześniej, którą chcecie brać, żeby nie było zamieszania. Dla was to nie ma znaczenia, a mnie lekarz zabronił się nadwerężać.

Update:
Znakomite podsumowanie u Vagli. Długie, ale warto (można też przeskoczyć początek, ale w sumie po co).

Jan 102012
 

Obiecałam kiedyś o empatii, bo mam przerost i chętnie się podzielę. A w dni takie jak dzisiejszy — poproszę wyłącznik. Empatia w ilościach nieprzesadnych, gdyby ją sprzedawać w tabletkach (albo lepiej — wcierać w farbę drukarską i robić z niej nakładki na monitory), mogłaby nam wszystkim polepszyć jakość życia. Mam prawie gotowy poradnik, ale nie chcę mieszać systemów walutowych, więc będzie kiedy indziej.

Dawno temu pracowałam w Życiu Warszawy (była kiedyś taka wesoła lokalna gazetka). Dział miejski był robiony za pomocą podobnych mi dwudziestolatków — młodych, genialnych, przewietrzonych umysłowo. Lubiliśmy się, chociaż po miesiącu zdecydowałam, że wolę być redaktorem i grafikiem niż dziennikarzem. Więcej od nas pił tylko dział sportowy (skądinąd znakomita ekipa w sensie fachowości).

Była więc raz jakaś dobra krwawa akcja, zabity policjant czy coś takiego. Młodzież z błyszczącymi oczami wysmażyła notkę na ten temat. Przyszedł szef działu, przeczytał ją i zrobił obecnym z dupy jesień średniowiecza, cytuję: “czy was kurwa pojebało? przecież ten facet miał matkę, żonę, może jeszcze jakąś rodzinę, a wy głupie gnoje bezmyślne piszecie o nim per zmasakrowane zwłoki“, koniec cytatu (który ugrzeczniłam nieco przez wzgląd na wrażliwszych czytelników).

Nawiasem mówiąc, blogerstwo nigdy nie zastąpi dziennikarstwa właśnie z powodu braku takich lekcji.

Jak widzicie, starannie próbuję nie odnieść się do wydarzeń bieżących. Od których usiłuję trzymać się na bezpieczną odległość. W których wiecie, prokurator robił jakąś swoją robotę, zdaje się m.in. szukał źródeł przecieków prasowych, które psuły współpracę różnych władz w pewnym istotnym międzynarodowym dochodzeniu. Robił, co umiał, szefostwo odsunęło się od niego na odległość zapachu, media po nim skakały, bo jak wiadomo, nasz wywiad zdaniem dziennikarzy to albo partacze, albo matacze, ale w żadnym wypadku nie sojusznik w politycznie wybuchowej sprawie. Zwołał konferencję prasową, na której wydał szczegółowe oświadczenie dotyczące wykonywanych manewrów, poprosił obecnych dziennikarzy o przerwę, otworzył okno, wyciągnął klamkę i strzelił sobie w twarz.

Jeden dziennikarz postanowił wtedy ułożyć prokuratora w pozycji bezpiecznej, bo prawdopodobnie przechodził niedawno szkolenie BHP (i kojarzył, że jak się krew wleje do gardła, to się osoba do kompletu udusi), a także prawdopodobnie nie był ostatnim chujem. W odróżnieniu od pozostałych obecnych przedstawicieli mediów, którzy chycili kamerki, telefony i co tam kto jeszcze ma za narzędzie pracy — żeby dobrze wykonywać swoją pracę, która polega na dostarczeniu newsa.

Dziś kupuję fajki w kiosku, a na pierwszej stronie zdaje się Superaka zanęcająca fotka? fotomontaż? prokuratora na glebie, w kałuży krwi.

Nosz kurwa mać.

Poskarżyłam się Radziowi, a ten opowiedział, że to jeszcze w ogóle nie rekord, bo jak koleś wparował do siedziby PiS i jednego zadźgał nożem, a drugiego zastrzelił, to Fakt zrobił mistrzostwo świata, doom dwójka, karmagedon i mortal kombat na jednej wizualizacji.

Debata na temat tej próby samobójczej będzie trwała jeszcze trochę, ale mam jedną prośbę. Nie zastanawiajcie się w mojej przytomności na głos, dlaczego facet tak spierdolił strzał, skąd (prokurator wojskowy w stopniu pułkownika) miał broń i czy w zasadzie to usiłowanie było na pokaz. Nawet w żarcikach nie rozważajcie. Już tłumaczę, dlaczego. Pierwsze ćwiczenie z empatii.

Jak to z faktami bywa, nie wiemy, jak było naprawdę. Ale wyobraźcie sobie faceta, który ma odpowiedzialną pracę wymagającą stalowych nerwów, kupy wiedzy i mnóstwa kontaktów z ludźmi. Nie wyobrażajcie sobie, czy gość jest w porządku czy nie, bo to nie ma znaczenia. Facet uważa, że dobrze pracuje, właśnie siedzi po uszy w sprawie, która się w pale nie mieści. Można założyć, że wie o tej sprawie więcej niż mnóstwo ludzi dookoła, z których jedni wieszają psy na nim i jego współpracownikach, a drudzy naciskają na wyniki. Napięcie rośnie. Szefowie dystansują się od gościa, bo Wszystko W Tej Sprawie Śmierdzi. Gość zwołuje konferencję prasową, żeby dać znać, co robi i dlaczego uważa, że robi dobrze, broni swoich ludzi. Wydaje oświadczenie — i tu jest ten trudny moment, żeby sobie wyobrazić — mówi, czyta, tłumaczy się, wszyscy są przeciwko niemu,  emocja przesłania mu widok, prosi o przerwę, zostaje sam, psychicznie pęka, w stanie najwyższego napięcia wyciąga broń.

I koniec wyobraźni. Nie wyobrażam sobie, że w takiej oszalałej, przytłaczającej sytuacji ktoś, kto jest zawsze dzielny i przyzwyczajony do napierdalania, napięty jak struna, jest w stanie zapanować nad instynktem samozachowawczym, nad fizyczną reakcją na dźwięki za drzwiami, nad totalnym rozdygotem.

No.

Dwóch moich kumpli popełniło samobójstwo, w odstępie paru lat. Nie tak dawno. Obaj byli nieuleczalnymi alkoholikami, obaj byli bardzo emocjonalni i potrzebalscy, obaj mieli psychozę maniakalno-depresyjną. Przygotowywali się identycznie i metodycznie — odsuwali od siebie rodzinę i bliskich, przestawali chodzić do pracy, pogrążali się w swoich otchłaniach, odrywali od naszej rzeczywistości, gasili resztki swoich emocji i zostawiali klucze komuś, kogo uważali za najbardziej pancernego. Koniec.

Z jednej strony facet pod napięciem, z drugiej zaburzeni, ciężko chorzy ludzie. Dużo osób uważa, że rozumie, jak to się odbywa i że mogą wydawać opinie na temat, co kogo do czego popchnęło, co zrobił źle po drodze itd. A prawda jest taka, że na pewnym poziomie tego się nie da zrozumieć. Zdrowy człowiek nigdy do końca nie rozumie chorego. Człowiek z normalnym poziomem stresu nigdy do końca nie zrozumie kogoś pod najwyższym napięciem. Można pomagać, uczestniczyć, przeszkadzać, ale nie da się do końca zrozumieć.

A jak się nie da do końca zrozumieć, to niezłym pomysłem jest się nie wymądrzać i nie eksploatować. Sparsować, co się da, starać się nie ranić pozostałych uczestników sytuacji, nie wyśmiewać, nie rzucać ciężkich słów, NIE PUBLIKOWAĆ i nie kupować KURWA ZDJĘĆ z czyjejś tragedii. Nie rozładowywać własnego napięcia w sposób, który rozjebałby Twoich bliskich, gdyby to Ciebie spotkało.

A dla zaciekawionych, dlaczego tak mnie skopała dysproporcja lojalności na osi przełożeni-prokurator-jego wydział, oto lektura.

Jan 012012
 

Miałam miłą przygodę z Amazonem parę miesięcy temu. Kupiłam książkę na Kindla jednym klikiem, wrum wrum synchronizacja, przystąpiłam do czytania. Bardzo dobra książką, rockowe porno wesołej autorki, która lubi seks i ciężką muzykę. Pierwsza część gratis, trafiłam przypadkiem, druga za tyle dularów, ile powinna kosztować. Lubię ten rodzaj promo.

Następnego dnia przyszedł mail, że nie zgadza się numer karty kredytowej, nie mogą ściągnąć należności i bardzo proszą o sprawdzenie, czy wszystko okay. Plasnęłam się w czoło, bo przecież dostałam nową kredytówkę i w amazonie brytyjskim już poprawiłam, a książki biorę z amerykańskiego. Poprawiłam, ściągnęli, buzi, pa.

Dlaczego tak zrobiłam? Przecież mogłam zrzucić sobie tę książkę na Calibre i wystawić zadek do cmoknięcia.

No właśnie. Kolega przytomnie zwrócił uwagę, że #modelbiznesowynieprzewidziałpolaków i istotnie, zrobiło mi się na zapas przykro. Amazon wejdzie za jakiś czas do Polski, trafi na naszą myśl przedsiębiorczą i… nieno, zaraz.

Przecież kiedy decyduję się na zakup książki, filmu, serialu czy czegokolwiek w wersji cyfrowej, to dlatego, że chcę, żeby twórca zarobił. Są prostsze sposoby, żeby te rzeczy ukraść. A kiedy biorę z amazona przedmioty trójwymiarowe, i tak mi ich nie wyślą, dopóki system nie zarezerwuje płatności. Zatem #polakpotrafi jednak nie zaszkodzi Amazonowi. Kto będzie chciał ukraść książkę, może to zrobić dużo łatwiej, niż kombinując z kredytówką.

Czasem nie tylko może. W sieci jest milion historii o przygodach publiczności, która podczas legalnego kupowania gier czy dostępu do filmu otrzymywała więcej kłód pod nogi, niż byłaby w stanie zjeść. Na przykład oto przygody z iTunes plus Hulu. Zatem zacytuję tu Gabe’a Newella:

Piracy is almost always a service problem and not a pricing problem. For example, if a pirate offers a product anywhere in the world, 24 x 7, purchasable from the convenience of your personal computer, and the legal provider says the product is region-locked, will come to your country 3 months after the US release, and can only be purchased at a brick and mortar store, then the pirate’s service is more valuable. źródło ]

Gdyby ktoś nie wiedział, facet jest szefem amerykańskiej firmy, która m.in. wypuściła na rynek kilka znakomitych gier i jest operatorem najpopularniejszej platformy dystrybucji elektronicznej.

A jeśli ktoś nie zna angielskiego, to w skrócie — piractwo wynika głównie z problemów z dostępem, nie z ceny kradzionego produktu. Piraty są dostępne zawsze i wszędzie. Na wersje legalne trzeba czekać miesiącami po premierze, odpalą się tylko na jednym z twoich trzech komputerów, w niektórych miejscach na świecie po prostu ich nie kupisz, BECAUSE FUCK YOU EUROPE itd.

Pirata ściągasz i masz. Do filmu na diwidiksie możesz zrobić własne napisy, jeśli nie pasują ci oryginalne. Film nie będzie miał denerwującego menu, bo menu masz w swojej ulubionej odtwarzarce diwidiksów. Ominą cię nieskipowalne kretyńskie reklamy, nieaktualne zresztą rok później. Piracka gra nie będzie miała zaszytego na sztywno polskiego dubbingu (vide Boguś Wojny) ani znakomitego tłumaczenia (InFamous: “[grupie badguyów] przewodzi wyjątkowo potężny Izolator”). Legalnej gry, która jednak ci nie podeszła, zwykle nie możesz sprzedać ziomowi za pół ceny, ani nawet oddać w prezencie. “Made In Dagenham” obejrzyj w kinie, w otoczeniu głodzonych od miesięcy właścicieli niewyłączalnych komórek oraz głośno wyrażanych opinii, bo na DVD u nas nie będzie.

Wracając do Amazona. Wydawcy książek stawali jadowitym okoniem wobec koncepcji literatury elektronicznej, ponieważ od tego oczywiście wszyscy zbankrutujemy i będziemy jeść brukiew. Amazon wypuścił swojego Kindla ze swoim DRM-em i nagle wszyscy to kupują! Szok, niedowierzanie, kanapki z kotem.

Gdyby ktoś nie wiedział, DRM to system zabezpieczeń danych rozprowadzanych w formacie elektronicznym; w zasadzie każdy wydawca czegokolwiek ma swoją wersję takiego zabezpieczenia.

Niektórzy zdejmują zabezpieczenia w kolejnych poprawkach, np. grasz sobie w któregoś “Wiedźmina” i jeśli jesteś uważnym czytelnikiem Release Notes (a nie błyskawicznym przewijaczem jak ja), po którymś apdejcie orientujesz się, że zostałeś pełnoprawnym właścicielem gry.

Niektórzy nie zakładają zabezpieczeń w ogóle. Na przykład raz na jakiś czas wychodzi Humble Bundle, paczka gier, za którą dystrybutor bierze cołaska. Każda z gier w wersji do wyboru na peceta, maca lub linuksa. Czwarta edycja, dane z 1 stycznia 2012, sprzedała się w ilości 435246 zestawów (niektóre gry z zestawu chodzą solo za kilkanaście do kilkudziesięciu dolarów) za łączną kwotę 2372666 dolców i 70 centów. Kupujący może wskazać, jaką część opłaty przeznacza na cele charytatywne obsługiwane przez dystrybutora, ile pójdzie do autorów gier, ile do organizatorów. Zwróciliście uwagę na kwotę? Ludzie dali ponad dwa miliony dolarów za siedem gierek. Średnio płacili po pięć dolców (a jeśli przekroczyli tę średnią, dostawali gratis pięć gierek z poprzedniego bundla).

Jeszcze coś mi się przypomniało! Wiesz, co się stanie, jeśli osiedlowi stróże honoru lokalnego klubu sportowego spuszczą Ci łomot i poskaczą po Twoim plecaku? Jeśli nie skończyła Ci się roczna gwarancja, Amazon przyśle Ci nowy egzemplarz gratis. A wiesz, że możesz na dwa tygodnie pożyczać znajomym kupioną na kindla książkę?

Żeby nie było tak różowo, na razie nie można sobie całkiem legalnie zmienić obrazków służących jako wygaszacz kindlowego ekranu. Jeden z nich jest frikin’ scary.

Ale na szczęście Amazon wypuścił już kindlowe kody źródłowe. W ogóle, żebym nie zapomniała, fajne miejsce dla czytnikowców.

***

Wbrew temu, co opowiada czasem o mnie jeden kolega z pracy, nie piracę przesadnie. Mam głęboką potrzebę wyrażenia wdzięczności na ręce autora, twórcy, producenta i człowieka, który mi dostarcza. Najchętniej wdzięczności finansowej, chociaż niektórym centralnie zaproponowałabym tajski masaż stopami topless.

Oglądam tony seriali, których nie ma w Polsce — a jeśli są, to w telewizji, której NIE MAM I MIEĆ NIE BĘDĘ, posiekane reklamami, puszczane w godzinach, kiedy pracuję. Część mam na płytach, część na wishliście (amazonowej, a jakże). Rany, jak bym chciała móc kupować seriale przez internet, ściągać aviki i mieć je sobie, głaskać i nazywać dżordż.

Moja matka nie jest takim człowiekiem-wiewiórką jak ja i rozwiązuje problem inaczej — subskrybuje sobie kilka stron oferujących wideo na życzenie, jeśli znajdzie coś dla siebie, wysyła im smska za dyszkę i potem maratonicznie ogląda. Niestety, ja lubię mieć pliki. Są jakieś serwisy z tym? Takie, że na pewno mój ulubiony scenarzysta kupi dzięki mnie widelec do swojego domu na wybrzeżu?

PS
Nie ma “Terriers” na brytyjskim amazonie. Kancelują mi wybitny serial, a przecież nie kupię diwidi w Stanach, bo jednak chciałabym używalne. Niech ich o, taki szlag. ಠ_ಠ

 

Jeśli lubicie swoją rodzinę, sprzedam Wam patent na zajebistą zabawę wigilijną. Ciotka przywiozła ją z Danii. Potrzebne będą co najmniej dwie kostki sześciościenne i stoper oraz po dwa małe pakunki od osoby. Gra jest dla dorosłych sprawnych fizycznie.

W dowolny dzień świąt siada się w kółku przy pustym stole. Każdy wykłada na środek dwa nieoznaczone prezenty. Jakieś tanie drobiazgi, maks dyszka za sztukę, ale może też być rękodzieło. Świecznik, magnesik na lodówkę, tego typu. Można to też robić z nieudanymi prezentami (ta wariacja gry może już w innym gronie niż rodzina).

Dobrze zapakowane, żeby się nie zniszczyły podczas bójek, które zaraz nastąpią.

Runda 1.
Dwie osoby, najlepiej z przeciwnych stron stołu, biero po jednej kości i rzucajo, po czym przekazują kość sąsiadowi z prawej. Szybko, szybko! Kto wyrzuci szóstkę, zgarnia jeden prezent ze środka stołu. Runda kończy się, kiedy wszystkie paczki zostaną zgarnięte.

Runda 2.
Ktoś nastawia stoper na tylko sobie znany czas (zwykle parę minut). Dopóki nie zapiszczy, dalej po kolei turlamy kostki. Nadal kto wyrzuci szóstkę (szybko, szybko! bez przetrzymywania!), ten zgarnia prezent, ale tym razem z cudzych zbiorów. Wtedy właśnie polujemy na najsmaczniej zapowiadający się prezent albo mścimy się na ulubionym członku rodziny za TE WSZYSTKIE LATA, podbierając mu paczki za każdym razem, kiedy się nam poszczęści.

To ma być szybka gra: przechwycenie kości od poprzednika — rzut — jeśli szóstka, wrogie przejęcie prezentu — lżenie podczas grabieży (“Żmija! Na własnym łonie!”) — rzut — rzut — rzut! HA!

Gdy czas minie, może się okazać, że ktoś zostanie z pustymi rękami. Dlatego my zawsze oszukujemy — koniec gry zostaje zarządzony tylko jeśli każdy ma co najmniej jedną zdobycz. Teraz rozpakowujemy, rechoczemy, że najczęściej wyrywaliśmy sobie mydło, a potem i tak wymieniamy się niespodziankami.

na batonik i żaglówkę

Switch to our mobile site