Brownie Jareckiego aka zakalec kontrolowany

Browniesy są straszne. Powinny być zakazane przez jakąś konwencję (szwajcarską może nie, to byłoby nie fair). XI przykazanie mojego brata – jedz brownie Jareckiego. Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, zgadnijcie czemu. Nie zgadniecie. Mam jeszcze kilka kawałków w lodówce. Nie dostaniecie. Nikt nie będzie patrzył na brownie. Moje. Zrób sobie swoje. Niech mówi autor, bo chwilowo jestem nieszczelna.

Brownie jest strasznie prostym i latwym do zrobienia ciastem, aczkolwiek zupełnie nie dietetycznym. Spożywać powinno się z umiarem (a ciężko, bo dobre).

Potrzebne będzie:

  • mąka (300-350 ml, czyli półtorej szklanki)
  • cukier (około 400 ml czyli dwie szklanki)
  • czekolada gorzka (około 400 g czyli 4 tabliczki)
  • masło (kostka)
  • jajka (6 sztuk, od wesołych kurek – te od klatkowych dają ciastu gorzki posmak łez katowanego drobiu)
  • niezidentyfikowana masa orzechowa (czyli orzechy laskowe, pekany, włoskie, migdały – połamane i pogniecione na mniejsze kawałki – tyle, żeby wypełniło szklankę)
  • opcjonalnie likier czekoladowy ( 3/4 szklanki)
  • piekarnik
  • blacha do pieczenia, papier do pieczenia
  • garnek i miska żaroodporna, która do niego nie wpadnie
  • mikser daje +10 do łatwości wykonania dania.

Już po składnikach widać, że będzie hardkor :)

1. Przygotowujemy kąpiel wodną – czyli bierzemy garnek i głęboką miskę kamionkową bądź ze szkła żaroodpornego, większą niż wylot garnka. Do garnka wlewamy gorącą wodę z kranu, stawiamy garnek na ogniu, po czym na wylot garnka nakładamy miskę (dno miski ma służyć za pokrywkę, najlepiej wpuszczoną do garnka, ale niech nie dotyka wody).

Następnie do miski wrzucamy połamaną na kawałeczki czekoladę i masło (5/6 kostki) pokrojone w kawałki. Po zagotowaniu wody w garnku zmniejszamy ogień do minimum. Mamy tak zwaną kąpiel wodną, czyli para wodna ogrzewa delikatnie miskę i doprowadza do rozpuszczenia w niej czekolady i masła.

W miarę rozpuszczania mieszamy, aż doprowadzimy do stanu gładkiej (a nawet jedwabistej) masy, bez grudek ani kawałków czekolady. Jeżeli zagapimy się, nic się nie stanie (jak długo woda jest w garnku), musimy tylko pod koniec dokładnie wymieszać.

2. W dużej misce (naprawdę dużej), robimy kogel-mogel. Wbijamy 6 jajek, wsypujemy cukier (w ilości podanej na górze) i łączymy, mieszając (polecam mikser), aż do uzyskania jednolitej paćki. Potem dodajemy mąkę. I tu najpierw polecam pomieszać ręcznie, aż mąka i masa jajeczno-cukrowa się połączą, zanim odpalimy mikser (jak odpalimy mikser od razu, mąka opuści miskę i uda się na pielgrzymkę po kuchni).

Masę mączno-jajeczno-cukrową należy mieszać i miksować aż do otrzymania w pełni jednorodnej masy bez grudek i przebarwień. Możemy być tu naprawdę dokładni – obok i tak robi się kąpiel wodna, a to chwilę trwa.

3. Bierzemy orzechy,migdały itp., tniemy albo miażdżymy na małe kawałki (ale nie na pył).

Po zakończeniu punktów 1-3 w trybie multitaskingu, kończymy forka i zaczynamy pracę w trybie jednowątkowym.

Włączamy piekarnik na 200 stopni celsjusza i dajemy mu się nagrzać. Bez nawiewu.

Blachę wykładamy papierem. Papier (od strony ciasta) smarujemy uczciwie masłem (pozostałością z kostki) – aby w miarę równa warstwa krowiego tłuszczu pokryła dno i ścianki obszaru, gdzie będzie ciasto.

W rękawicach albo przez ściereczkę zdejmujemy miskę z rozpuszczoną czekoladą z kapieli, następnie starannie dolewamy całą masę czekoladowo-maślaną do dużej miski z utartą masą mączno-jajeczno-cukrową. Znowu starannie mieszamy i miksujemy wszystko razem aż do uzyskania gładkiej i jednorodnej masy. Następnie dodajemy orzechy (oraz opcjonalny likier czekoladowy) i mieszamy. Tu już nie musimy być aż tak starannie, ważne, żeby orzechy się rozprowadziły w masie.

Wylewamy szerokim gestem masę z miski, starając się większością trafić do formy wysmarowanej masłem. Wyskrobujemy resztki z miski łopatką albo łychą i opierając się pokusie oblizywania, dorzucamy do reszty masy w foremce.

Foremka z masą ciastową ląduje w piekarniku (zmniejszamy temperaturę do 180 stopni) i pieczemy jakieś 30-45 minut. Ciasto można sprawdzić, dźgając je nożem w klatę :) Jeżeli czubek ostrza będzie wilgotny i lekko pokryty ciastem, a przy okazji skorupa spieczona – jest dobrze.

Uwagi końcowe

Ciasto powinno się jeść lekko ciepłe. Wtedy jest najsmaczniejsze. Przechowane w lodówce lub zamrażarce należy lekko podgrzać, np. przez pół minuty w mikrofali.

8 thoughts on “Brownie Jareckiego aka zakalec kontrolowany”

  1. uch, ale mnie wystraszyłeś! wyglądałeś prawie jak spam!

    uwielbiam Twoje historyjki. pisz-pisz.

  2. ja przepraszam, to pewnie z diety, ale Brownie Jareckiego brzmi po prostu RONK. RONK! AJ TEL JA! (oczywiscie, ze mowie to z zazdrosci)

  3. Taaak, jesli chodzi o ilość czekolady to m mi się wcisnęło z mililitrów i tak zostało. Oczywiście chodzi o 400g czyli prawie pół kilo :P

  4. 1. OMG dwie szklanki cukru? Po co? Półtorej i już będzie słodkie. Ja dodatkowo daję brązowy, a nie biały.
    2. Do roztapiania czekolady świetnie nadaje się metalowa miska z Ikei.
    3. Nie ma nic o rozmiarze blachy, IMO to jest porcja na sporą (spokojnie taką 20×30 albo i większą), warto wspomnieć, że brownie z natury jest dość płaskie i nie rośnie, do blachy należy wlać/nałożyć ciasto na grubość nie więcej niż 3 cm. Z mojego przepisu (podobny, tylko plus minus połowa tej ilości) piekę w foremce 20×20 cm.
    4. 35-40 minut pieczenia to w 180 stopniach jakoś długo, u mnie (zakładając grubość j.w.) jest gotowe po 25, max 30 minutach, a jak potwierdziłam doświadczalnie, kyi piekarnik jest mocniejszy. Brownie nie należy przesadnie długo trzymać w piekarniku, bo traci zakalca, wysycha i robi się murzynek.

  5. Otóż właśnie mi się takowe brownie robi w piekarniku, a w trakcie robienia przyszedł mi pomysł takowy do głowy: jak już się masa czekoladowa rozpuści, wymieszać w nią z dwie słuszne łyżki miodu. Wtedy mniej cukru do jajek, bo wyjdzie ulepek straszliwy.

Leave a Reply