seriale, gdyż listopad

Znów sprawdziłam parę seriali, żebyście Wy nie musieli.

The 100 — też sobie wymyślili, wrzucić do lasu stadko atrakcyjnej młodzieży. Bardzo oryginalny pomysł, w takim wyszukanym stylu, a wykon to już normalnie 2/10, wouldn’t bang.

Alpha House — wesoła grupka podstarzałych amerykańskich senatorów republikańskich mieszka na kupie jak studenci. Kupadobrej. W pilocie jeden z bohaterów otrzymuje puchar Say No To Sodomy Award, od czego uroniłam łezkę. Oprócz tego John Goodman. Odcinki króciutkie.

Bad Judge — mnie tam bawiło, ale skancelowali po circa dziesięciu odcinkach, zapewne dlatego, że zbyt lekko i kontrowersyjnie naraz.

Believe — pilot był obiecujący, ale gdzieś przy drugim czy trzecim odcinku postukałam się w czoło kołkiem do zawieszania niewiary (nie w miejsce magiczne, tylko praktyczno-merytoryczne). W sensie naprawdę przydałoby się robić tak, żeby widz był chętny łykać absurdalne problemy, bo bez tego nie będą go cieszyć próby ich rozwiązania, czyli serial sam w sobie.

Boston Legal — proszę się nie naigrawać, wiem, że klasyka sprzed 10 lat, ale nie miałam czasu wcześniej. Bardzo, bardzo dobre, nienużące pięć sezonów. Obsada pełna nie tylko pięknych i młodych, ale też brzydkich, starych i obleśnych. Pyszne dialogi i monologi, seksizm, rasizm, mizoginia, problemy moralne i pięknie prowadzone różnice światopoglądowe, dużo o prawdziwej przyjaźni. Rzadki bonus — mnóstwo mniej lub bardziej oczywistego mrugania w kierunku czwartej ściany.

Crisis — próbowałam, ale nie mogę. Karkołomna bezydura.

Constantine — John nie pali papierosów, ale za to Matt Ryan wygląda dokładnie tak, jak powinien. Do pilota wzięli dziewczynę uderzająco podobną do Rachel Weisz, ale odpadła z obsady i druga podoba mi się bardziej. Nie podejmuję się rekomendacji, bo jako piszcząca fanka komiksu będę oglądać aż do kancela i jeden dzień dłużej.

Crossbones — dosko. Jeśli komuś nie wystarcza, że John Malkovich, to dorzucam, że Richard Coyle. Jeśli to za mało, to powiem, że rewelacyjny o piratach. Jeśli nie lubicie piratów, Malkovicha ani Coyle’a, to bardzo mnie martwicie.

Dominion — no, oglądaliśmy Legion, to oglądamy i Dominion. Anioły są, i skrzydła, i bójki, i emocjonalnie nasycone rozgrywki pomiędzy absolutnie dowolną parą bohaterów. Nagość jest i seks, gdyby ktoś pilnie potrzebował. Ale tak ogólnie to oni tam specjalnie bystrzy nie są i my też nie powinniśmy, żeby chociaż trochę dobrze się bawić. Dla smakoszy kilku przyjemnych importowanych brytyjskich brzydali.

The Driver — brytyjski, smętny, po kwadransie nadal nie wiedziałam, o co chodzi, wyłączyłam. Być może się rozkręca, ale wyglądał przygnębiająco.

Extant — przyzwoite SF i Halle Berry. Znaczy co do pierwszego zdania są podzielone, ale mnie się podoba klimat, choreografia scen i zestaw postaci. A jak się rozkręciło ładnie gdzieś przy piątym odcinku (nie pamiętam dokładnie), to od razu się zmartwiłam, że skończą serial przedwcześnie. Jednak nie skończyli, a nawet, nie bardzo rozumiem czemu, robią drugi sezon.

Flash — próbuje być tak dobre jak Arrow, ale albo nie jest, albo zostało stanowczo wycelowane w inną grupę wiekową.

Forever — wiecie, jak się robi bohatera, który żyje wiecznie i umrzeć nie może? Wiemy. Musi być on wieloletni (ale młodo wyglądać), cyniczny, zblazowany, a jego los — ponury i przesądzony. No więc już to widziałam i trochę się zmęczyłam, gdyż ile można. Dlatego z ogromną radością witam na swojej plejliście ten serial, w którym co prawda historia nie szykuje dla mnie wielkich niespodzianek, ale za to bohater jest pogodnym pracownikiem kostnicy, człowiekiem, który mimo najszczerszych chęci nie może pozbyć się nadziei i życzliwego spojrzenia. Duży plus za Ioana Gruffuda, stworzonego do epizodów kostiumowych i nerwowych nietaktów. Zwykle denerwują mnie monologi narratorskie, a tutaj jeszcze nie. Stosunki między bohaterami urocze, żarciki pełne wdzięku. Kierownikiem przedsięwzięcia jest gość od “Chucka” i “Human Target”, co trochę czuć (na plus).

From Dusk Till Dawn — próbowałam, naprawdę. Ale Tarantino z Clooneyem robili nerwową przegadkę w sposób nie do wykonania przez szwendającą się tam młodzież, więc zasnęłam.

Gotham — tu dla odmiany obsada zacna, miasto wygląda znakomicie, zamysł standardowy, ale rozrywka jakby taka sobie. W pilocie poznajemy prawie wszystkie ważne postacie z uniwersum (plus dwie dodatkowe dopisane na potrzeby serialu) oraz zasady, z którymi będzie się Gordon zmagał. Liczyłam jednak na troszeczkę więcej niż dostałam.

Halt and Catch Fire — koniecznie. Dawno nie widziałam czegoś tak dobrego. O serialu mówię, Lee Pace’a oglądam bez przerwy. Genialna dynamika między bohaterami, dorzeczne kwestie techniczne, przepyszny scenariusz. Mam dreszcze.

How to Get Away With Murder — ponure i jakby trochę nierówne, ale tak napisane, że mnie wciągnęło. Sporo Nagłych Zwrotów Akcji.

Inside No. 9 — brytyjskie do szpiku kości. Drugi odcinek wypiął mnie z butów znakomitością swą, więc po prostu tylko ten obejrzyjcie.

The Knick — na razie obejrzałam tylko pilot i nie mogłam się po nim pozbierać przez parę godzin, taki intensywny i dobry mi się wydał. Poza tym jest tam Clive Owen. Serial nie dla ludzi, którzy nie mogą oglądać operacji, szpitali, zastrzyków, zwłok itd.

The Last Ship — kocham Rhonę Mitrę, ale ten szajs przechodzi ludzkie pojęcie. Zły Major Witek wytrzymał dłużej niż ja, ale strasznie krzyczał.

Legends — no… nie. Książkę przeczytałam, ale była tak gruba, że nic z niej nie zapamiętałam. Sean Bean nie ginie w ciągu pierwszych pięciu minut i choć lubię go bardzo, to trochę męczę się patrząc, jak tutaj gra (gdyż grać musi, przynajmniej w teorii, różnorodnie, jako ponoć znakomity agent, który umie wcielać się w różne role/postaci zależnie od misji). Niestety, cała reszta ludności na ekranie też nie daje rady. Trochę za dużo łopatologicznego kładzenia mi rzeczy, które koniecznie muszę zapamiętać.

Lottery — wytrzymałam kilka odcinków, bo protagoniści czasem zachowywali się Inaczej Niż Zwykle (np. Poszukiwany nie poszedł do apteki w czapce z daszkiem, tylko opróżnił lokal przed napadem). Ale to za mało, jest kancel po pierwszym sezonie, zero ubolewań.

Madam Secretary — jeśli ktoś ogląda choć trochę polityczniaków, to żadnych zaskoczeń nie będzie. Madam ma wyraźny charakter, chropawy głos i rodzinę, która w Ameryce robi zapewne wrażenie przerażająco intelektualnej. Nie będę się czepiać sztampy, klisz i dziur — przyszły hurtowo. Lubię seriale z porządnymi głównymi bohaterkami, partnerskimi rodzinami i rozgrywkami pałacowymi, Tea Leoni gra dobrze. Jeśli scenarzyści będą mnie obrażać tylko tak jak w pilocie, to może być, choć nie obiecuję, że na długo. Ostatnio dużo seriali cierpi na nużącą powtarzalność schematu odcinków i ten wygląda na przyszłą ofiarę.

Mind Games — jedna z tych rzeczy, które jak kancelują, to się cieszę. Scenariusz wyglądał gorzej niż porządek w mojej piwnicy. Ludzie się denerwowali bez sensu. Christian Slater mnie irytuje twarzą od zarania. Steve Zahn gra, jak powinien. Zestawienie ich jako braci kompletnie nie pali, bo mają zbyt podobną dynamikę (może w życiu tak bywa, ale na ekranie wychodzi nudno). W sumie aktorsko drugi plan ciekawszy niż pierwszy, a niewątpliwie ładniejszy. Mój kot robi lepsze mind games niż ta ekipa.

Murder in the First — jeden sezon, jedno dochodzenie na temat kilku zabójstw. Znakomita obsada (mogę Kathleen Robertson łyżkami), przestępcy i zagrywki. Niektórych może zaskoczyć główny antagonista. Moja ulubiona scena jest z gumą do żucia. Mniót.

Mysteries of Laura — Amerykanie narzekają, ale mnie się podoba. Debra Messing jako detektyw na troszeczkę oryginalnym posterunku, dwoje upiornych dzieci jako dodatkowe wyzwanie. Zupełnie normalna komedia kryminalna.

NCIS New Orleans — no nie jest dobrze. obsadowo odgrzewany Scott Bakula, Lucas Black troszeczkę się wyrobił od czasów Tokyo Driftu (tj. zakola większe, ale nadal przechodzi mutację), CCH Pounder musiała gdzieś się podziać po zamknięciu Warehouse 13. Pilot nie pokazał chemii między bohaterami (co wymagałoby prawdopodobnie dowiezienia jej cysternami, gdyż nikt tam nie posiada nawet osobistej). Scenariusz zupełnie żaden, standardowe skrzyżowanie motywów z najzwyklejszych kryminałków serialowych. Muzycznie nic ciekawego. Po kwadransie odechciało mi się, załapałam się jeszcze na jedną strzelaninę w slo-mo i to by było na tyle.

Night Shift — szpitalny, cienki. Napakowane akcją jak trzeba, dialogi łopatologiczne do bólu, podobnie muzyka i pogoda. Dynamika między bohaterami oczywista, wszelkie ciągi dalsze do przewidzenia. Męskie postacie bez wyrazu, damskie jeszcze ujdą, ale nic poza sztampą.

Outlander — bardzo dobry serial o pani, którą machnęło w czasie 200 lat w tył. Znudziło mi się po kilku odcinkach, ale niewątpliwie jest to towar wysokiej jakości.

Penny Dreadful — ładny, tylko ciężki i jakby dłużyzny miał za długie. Dla smakoszy się nada, mnie wymęczył.

Power — pan jest właścicielem nocnego klubu w Nowym Jorku, a także szefem gangu narkotykowego, kiedy nikt nie patrzy. Poluje na niego pani detektyw, która nie wie, że on to on, a przy okazji jest jego wielką miłością ze szkoły. Jest żona pana, która wszystko wie, jest psychotyczny białas jako przyjaciel i wspólnik bohatera. Bardzo, bardzo dużo seksu i przemocy. Ale seksu więcej. W serial rzuca pieniędzmi jeden z najbogatszych amerykańskich raperów, więc jest dużo muzy i ogólnie biedy nie ma, znaczy poza scenariuszem, w którym jest bieda, ale nie przeszkadza nam ona, gdyż jest dużo seksu.

Resurrection — pilot okay, z biegiem czasu nawet lepiej. Tym przyjemniej, że część obsady nieprzesadnie opatrzona i dobrze grają. Nie mój ulubiony żanr, po paru odcinkach się znudziłam, bo ogólnie małomiasteczkowe sagi międzyludzkie mi nie robią, nawet supernaturalne.

Scandal — w końcu do tego podeszłam i nie żałuję, tylko trochę się nie wyspałam przez parę dni. Shonda pełną gębą — pierwszej wody drama o fikserce dla bogatych i dobrze ustawionych, pierwszej klasy bzdurne romansidło, pierwszy współczesny serial w jednej z głównych stacji z czarnoskórą główną bohaterką, który ma więcej niż jeden sezon (“Hawthorne” był zresztą kiepski, więc nie szkoda).

Scorpion — zostałam ostrzeżona, więc nie będę okrutna. Żartowałam, będę. Jeśli ktoś chce zrobić serial o hakerach, to proponuję nie dawać w czołówce i napisach zamknięcia tagu w htmlu. Następnie być może dobrym pomysłem byłoby nie robić ze mnie idioty. Na przykład nie sugerować, że ekipa składająca się z różnej maści megahaxorów o podobno wysokim IQ ma problemy finansowe, więc zarabia orzeszki drobnymi przekrętami i naprawianiem wifi w barach szybkiej obsługi (ale na pogróżki względem wrażliwych danych agenta rządowego już ich stać). Obdarowanie głównego bohatera przypadłością w spektrum autyzmu jest zagraniem tak tanim, że na wyprzedażach leży w paczkach po czterdzieści. Obdarowanie każdego w zespole jakimś problemem, na którym będzie grane jak na banjo, powinno być zwracane za dopłatą. Operowanie na stereotypach powinno być karane grzywną.

W komentarzach na imdb można nacieszyć oko bezlitosnymi wyliczeniami dziur w scenariuszu i zagadnieniach technicznych, więc nie będę ich powtarzać. Ale serio, TO NIE TAK DZIAŁA. Nie tak działają backupy, serwerownie, asperger, lotniska, twarde dyski (tutaj już krzyczałam, a to dopiero połowa pierwszego odcinka), nie tak jeździ IQ vs. EQ, jeśli w ogóle będziemy się bawić w takie głupoty, nie tak działa wifi i nie tak się robi kablem! Tak działają węże w samolocie i może lepiej byłoby pójść w tym kierunku.

Obsada dobrana w porządku, montaż sprawny, ogólnie widać fachowe ręce w produkcji. Scenarzyści dobrzy, ale chyba głodni — wiedzą, jak prostymi chwytami robić dynamikę, ale robią tak samo w każdym odcinku. Problem – próba rozwiązania legalnie – presja czasu – wątek osobisty – próba rozwiązania metodami wątpliwymi – wybaczanie. Jednakowoż konsultanci nieobecni (bezydury takie, że gdybym składała skarpetki podczas seansu, rzucałabym nimi w ekran). Doceńcie, że dotrwałam do końca pilota, bo bóle miałam potworne. W następnych odcinkach już byłam znieczulona.

Signed, Sealed, Delivered — jak już się naoglądacie tych wszystkich kryminałów, przemocy, rżnięcia i brzydkich wyrazów, to oto cukiereczek na odtrutkę. Ekipa pocztowo-detektywistyczna zajmująca się dostarczaniem zaginionych w akcji przesyłek na Waszych oczach będzie jednoczyć rodziny, łączyć rozdzielonych kochanków i srać tęczą. Jeśli wciąż jesteście nieufni, spieszę donieść, że tow. Teklak także poleca ten serial.

Silicon Valley — rewelacja. Niektórzy narzekają, że za blisko ciała koszula, tj. że serial zbyt dobrze oddaje realia branży, ale nie słuchamy ich i oglądamy każdy odcinek kilkukrotnie. Trochę brakuje mi nieozdobnych postaci płci żeńskiej. Parę razy łkałam. Niektóre sceny są jak z mojego dużego pokoju.

Stalker — kolejny proceduralek, tylko tym razem w oddziale przeciwstalkerskim. Przyzwoite. Maggie Q, Dylan McDermott.

Witches of East End — wróciłam do tego po jakimś czasie i okazało się przyjemne, po czym znów skancelowali po drugim sezonie. Co za ludzie.

You’re The Worst — samodobre. Perypetie osobiste okropnych ludzi takich jak my. O tym, że kiedy coś jest ważne, to się w końcu rozmawia, że kiedy spotka się kogoś, z kim ma się więź, to się o nią dba, oraz o tym, co się robi, chociaż wiadomo, jak to się skończy. Oraz o tym, co jest ważne i jak poznać więź. A przy okazji wódka, narkotyki, pożary, fetysze, rozwiązłości i wszelkie cudowności.

—-

Bonus 1: czego dowiedziałam się z Transporter: The Series, sezon drugi.

Europa to kraj, gdzie wszyscy mówią po angielsku z różnymi akcentami. Ludzie jeżdżą samochodami pomiędzy dużymi miastami, trasy Berlin-Amsterdam to norma. Jest sporo porywaczy, a wszyscy oni używają łańcuchów. Dzieci kładzie się spać w środku dnia. Ludzie w ogólności mają tendencję do wypowiadania oczywistości na głos często. Wszystkie kobiety mają syndrom bodyguarda i wygodną bieliznę. Broń można łatwo kupić w każdym mieście na czarnym rynku. Wszędzie są sprawni motocykliści. Opiekę szpitalną dostaje się błyskawicznie. Da się filmować bójki tak, żeby widownia sama sobie przyłożyła fejspalmem.

—-

Bonus 2: jeźlikto chce posłuchać audycji radiowej, w której rozmawiamy z tow. Teklakiem o serialach, to zapraszam:

12 thoughts on “seriale, gdyż listopad”

  1. @Paweł dramat obyczajowy to nie mój gatunek, ale zwrócę uwagę zatem.

  2. @jarecki pochwaliłeś, jak już byłam w trzecim sezonie d:
    a co jeszcze byś zalecił na długie jesienne wieczory, a być może przegapiłam?
    (udało mi się też ZMW wciągnąć. znaczy nic nie musiałam robić, tylko kwiknął, rzucając kątem oka).

  3. Dzięki.

    Z zeszłorocznej listy zdołałem obejrzeć Black Sails i kawałek Masters of Sex. Seriale albo dzieci. Wybór należy do ciebie.

  4. “Flash – próbuje być tak dobre jak Arrow”
    Dobre?! jak?! Arrow?! Ten Arrow, gdzie aktorzy grają równie doskonale jak Ciri w Wiedźminie, a bohaterowie i ich rodziny są inteligentni jak Cezary Pazura w “13 posterunku”? (Poza Felicity, ona jest niezaprzeczalnie fantastyczna.)
    Nie widziałem jeszcze ani odcinka tego serialu, a już wiem, że będę go uwielbiał. ;)

  5. @Nieuczesany
    jeśli w Arrow przeszkadzają Ci akurat drewnianość i niewiarygoda, to obawiam się, że Flash szybko przejdzie <: Felicity w najnowszym odcinku Arrow ma dużodobre.

  6. @jakubanderwald chciałam odpowiedzieć dowcipnie, ale się rozmyśliłam, bo faktycznie mam tego na liście prawie setkę, a nie chcę, żebyście organizowali interwencję.

    seriale lecą wtedy, kiedy mam wolne oba uszy i co najmniej pół oka, co oznacza, że po wyspaniu się, prysznicu, graniu w greu, montowaniu odcinków, pisaniu, projektowaniu i spotkaniach z ludźmi zostaje mi średnio parę godzin dziennie na bycie pięciodzielną.

    problem z serialami mam nie taki, że są czasochłonne, ale raczej że kiedy któryś jest dobry, to pstryka we mnie inspiracją, a wtedy muszę zapauzować. (:

  7. sporo tego, dodałbym Kingdom http://www.imdb.com/title/tt3673794/ – kręci się wokół szkółki MMA prowadzonej przez eksfajtera. stałe punkty programu – problemy rodzinne, finansowe, kryminalne, używkowe, malownicza galeria szemranych typów z półświatka. nieźle odrobione realia życia przyplażowych niższych warstw z ograniczonym życiowym know-how, próbujących jednak coś zrobić. znanych twarzy nie rozpoznano, co w tym przypadku pomaga

Dodaj komentarz