strefa dyskomfortu

Różne są rodzaje rejdżu. Sama miewam bardzo agresywne przypadki gamerage, kiedy mam ochotę wbić kontroler w telewizor i wrzeszczę “K[expletive deleted], GRA DLA DZIECI DO LAT TRZECH, JA P[expletive deleted], GRA MA BYĆ PRZYJEMNA DLACZEGO JĄ TAK SP[expletive deleted], ARGH, CH[expletive deleted] J[expletive deleted] OBY SZCZEŹLI”. Jest to śmieszne i straszne, sądząc po reakcjach publiczności, która wtedy zwiewa do kuchni.

Ostatnio mój tata złapał straszliwego rejdża na T-Mobile, które ruchnęło go na dwie stówy. Jest on bardziej metodyczny ode mnie, więc ponieważ reklamację załatwili mu odmownie, to jak go znam, namówi wszystkich znajomych do wyniesienia się stamtąd, przestanie mieć komórkę oraz pójdzie do sądu.

Niektórzy łapią równie zabawnego rejdża na portale społecznościowe i wynoszą się z nich z hukiem w odcieniu butthurtu. (Jeśli ktoś potrzebuje, mogę na końcu dopisać słowniczek, ale wydaje mi się, że większość obcych słów jest self-explanatory). Potem zwykle wracają, gdyż stany emo stanami emo, a nałóg się domaga pokarmu.

Jest jeszcze stan przeciwny, mały zen, zenek. Lubię go, kiedy przychodzi w ogniu walki i ogarnia bezlitosnym spokojem.

Wielokrotnie miałam go w pracy, która wtedy przez większość czasu polegała na gaszeniu pożaru w burdelu. Bardzo sobie chwalę. Serio, odrobina zdrowej perspektywy (czy ktoś grozi śmiercią albo jeszcze czymś gorszym?), pół sekundy ustawienia priorytetów (po pierwsze, nie dać się zwariować), plan tymczasowy (wszyscy sio stąd, korekta lewo na burt, zrefować zajawkę) i jechane.

Czasem miewam też złyzen. Od natłoku wszystkiego robi mi się wszystko jedno. Jest bardzo męczący, bo rodzi się z przemęczenia, a w trakcie nie da się wypocząć. Kiedy minie, trzeba wykonać mnóstwo ruchów, żeby znów było w miarę przyjemnie, czyli dokładnie posprzątać latające po mieszkaniu kłaki stepowe. Sama myśl o sprzątaniu przesuwa w dal wyjście ze złegozenka. To nie jest stan, który do czegokolwiek prowadzi, to jest tylko i wyłącznie męcząca strata czasu. Okropnie nie lubię się męczyć.

Zdecydowanie wolę rejdża.

Czuję się wtedy jak pojazd opancerzony, którego jedyny problem to obranie kierunku. Na szczęście mam wbudowane pierwsze prawo robotyki, więc nie strzelam do ludzi. Kreatywność mi skacze, a kiedy już mam cel, rejdżyk przekształca się w zenka. Wtedy determinacja przywdziewa adamant. W zasadzie rejdże to jeden z najczęstszych powodów, dla których raz na jakiś czas się wykolejam i robię coś, co potem fajnie wspominać. (Drugi to ciekawość, trzeci to kompletny brak wyobraźni).

Z części tych butthurtów nie wynika nic konstruktywnego, człowiek tylko zaleje się pianą, a potem ma żal. Jednak można inaczej, np. taki Brian Lam jak się wściekł na marketingową pogoń za nowinkami technologicznymi, to założył sobie Wirecutter i wygląda na to, że dobrze się bawi. Zły Major zeźlił się na to, że nie ma komu poprowadzić przygody, więc otworzył Wrzutnię nocną. Zill miał wyżej uszu różnych świństw w swojej branży i zaczął pisać Inżynierię Wszechświetności. Dla mnie czysty zysk.

Też zrobiłam niedawno parę eksperymentów, ugniatałam złegozenka, aż wystawił kolce, i na przykład:

  • przestałam palić (zaczęłam znów z przyczyn zdrowotnych[1], ale to, mam nadzieję, tymczasowe)
  • złożyłam wypowiedzenie po prawie 12 latach.

Dobry zenek podpowiada, że co prawda wychodzenie ze swojej strefy komfortu samo w sobie nie jest przyjemne, ale najczęściej prowadzi do czegoś przyjemnego. Chociażby do nauczenia się czegoś nowego. W ogóle nie rozumiem, dlaczego to się nazywa “strefa komfortu”, skoro najczęściej polega na przyzwyczajeniu się do dyskomfortu.

Bycie niepalącym w ogóle nie jest przereklamowane — człowiek wysypia się i budzi zupełnie nieprzyduszony, tak jak wtedy, kiedy był młody, energiczny i największy problem stanowiły pryszcze, głupia pani od matmy i niska samoocena. Dwa dni ślinienia się przy odtruciu to doprawdy niski koszt.

Bycie przyszłym bezrobotnym też jest ciekawe. Jak w każdym toksycznym związku, samo wyjście było natychmiastową nagrodą za dzielność. Oprócz tego w życiu nie miałam tyle roboty, co w ostatnich tygodniach. Aż nie mam czasu szukać tzw. normalnej pracy. Odpocznę w kwietniu. Okazało się, że umiem różne rzeczy, których nie robiłam od nigdy, a także ludzie chcą mi płacić za coś, na czym położyłam laskę jako źródle utrzymania (trzymajcie kciuki). Jak się nie uda, to przynajmniej spróbowałam. Ustawiłam się umysłowo w pozycji, w której jak będzie trzeba jechać po czynsz na szmacie u obcych ludzi, to też fajnie (a jak będzie niefajnie, to dzierżąc mopa, pożegnam się i wyjdę).

Dlaczego rzuciłam pracę, mogę opowiedzieć za jakieś dwa lata, kiedy wygaśnie mi klauzula w umowie.

(Podziękowania: dla złego majora za paliwo, dla wujka za siatkę bezpieczeństwa, dla Anety za linka do wirecuttera, a dla ziomów za inspiracje).

[1] Mam pewne schorzenie przewlekłe, przy którym musiałam rozważyć mniejsze zło i właśnie palenie było malutkie i płakało.

14 thoughts on “strefa dyskomfortu”

  1. Najwyższy Czas. :-P Rozsądny czas pracy w jednym miejscu to 3-4 lata.

  2. Człowiek w’ohle ma więcej motywacji do działania jak ma jakiegoś wroga, przeciwność jakąś do pokonania lub coś co go wk***a. Przynajmniej ja tak mam.
    A, i z tymi petami to mam nadzieję, że dasz radę. Jakby co to sziszka, c’nie? ;)

  3. Człowiek ma więcej motywacji jak ma jakąś sprawę do załatwienia. Irytacja koreluje z takimi sprawami i ma dodatkowo tę zaletę, że nastraja człowieka emocjonalnie, a to zawsze pomaga.

    Działanie pod wpływem irytacji ma także pewne ograniczenia. Na przykład podczas niedawnej debaty o ACTA dużo ludzi szybko się zirytowało na pewne nierozsądne propozycje, ale nie zauważyłem, żeby ktokolwiek uspokoił się potem na tyle, by siąść, pomyśleć i zaproponować jakąś alternatywę (od razu mówię, że opcja “zostawić jak jest” nie jest alternatywą, dlatego że obecny stan rzeczy już zirytował różnych ludzi na tyle, że pod wpływem tej irytacji zaproponowali ACTA).

    Pamiętam jak rezygnowałem ze swoich kolejnych prac. Zawsze wiązało się to dużą irytacją, bo to złe prace były. Po odejściu zawsze przez tydzień, dwa, trzy, dziesięć leżałem do góry brzuchem i dyszałem ze złości. Dopiero jak się wydyszałem, mogłem zacząć robić coś ze swoim życiem.

    Na przykład w jednym przypadku doszedłem do wniosku, że cały ten rejdż był bez sensu i przydałoby mi się więcej zenka. Wszakże jeśli miałbym wraz z irytacją stracić napęd, byłoby to wylewanie dziecka z kąpielą.

    Myślę, że tak naprawdę tu nie chodzi o to, żeby być wkurzonym, tylko o to, żeby frustracja popychała człowieka do działania, a nie do bezczynności. Bo siąść i płakać, że świat nas nie kocha, to faktycznie najgorsze, co można zrobić.

  4. “żeby frustracja popychała człowieka do działania, a nie do bezczynności”
    exactly my point (byle nie do chaotycznego trzepania rękami, kiedy się stoi w gównie po uszy).

  5. nie rozumiem połowy, ale i tak się uchachałam.w dwa lata mam nadzieję nadgonić niezrozumienie, a tymczasem trzymaj się, powodzenia, myślę że ani mopy ani praca na cudzej szmacie Ci nie grożą. hawk!

  6. Napieram, a co! Wydaje mi się, że jesteś nieźle pogrzana, at ALL! Ale strasznie fajnie mi się Ciebie czyta. Nigdy nie paliłem nałogowo, ale i tak się nie wysypiam, więc to jakaś ściema :D Chociaż nie powinienem tego pisać. W każdym raziem trzym się, do następnego.

  7. dziękuję (:

    przez najbliższe tygodnie zamierzam trzepać fuchy jak oszalała tchórzofreta, zatem z góry przepraszam za ewentualne zaniedbania towarzyskie i rozrywkowe.

Dodaj komentarz