o poglądach

Poglądy, z którymi się zgadzam, najczęściej uważam za umiarkowane, właściwe lub rozsądne, a te, z którymi się nie zgadzam, za skrajne, niewłaściwe lub nierozsądne. Kiwnij głową, jeśli tak masz.

Wszystko może być proste — to bardzo ważne założenie, proponuję je zapamiętać. Ponieważ lubię, kiedy jest prosto, któregoś dnia postanowiłam poświęcać pół procent swojej uwagi na upraszczanie sobie życia. Co się okazało? Jedyną trudną rzeczą w życiu jest wszywanie na maszynie suwaka w dżinsy (trochę nie mogę się z tym pogodzić. Musi być jakiś prostszy sposób niż mieć od tego ludzi). Aha, i jeszcze pisanie czegokolwiek w asemblerze.

Najpierw jak zwykle umówmy się, że nie w każdej sprawie trzeba mieć od razu pogląd. To też trochę lifehack, bo odnoszę wrażenie, że statystyczny człowiek jednak łatwiej powie “jeszcze nie mam zdania na ten temat”, niż przyzna, że je zmienił (zwłaszcza przed kimś, z kim gorąco się spierał wcześniej). Stoi za tym jakiś mechanizm, który ma nazwę, niech mi jaka dobra dusza przypomni w komciach.

Oprócz tego wolno mieć opinię tylko na część danego tematu. Na przykład “outfit Zdzisława chyba solidny. Masywne lacze nabył, ale co do peleryny, to musiałabym pomacać”.

Kolejna rzecz: można sobie wziąć kogoś do rozmowy i mieć z nim poglądy różne. Tak jest w przyrodzie, a z przyrodą nie ma się co spierać. Nawet gdyby nie wolno było mieć różnych poglądów, i tak byśmy je miewali.

Drugie ważne założenie dotyczy właśnie tych różnic. Są mianowicie poglądy, które możemy sobie wyznawać obok siebie, mnie nie przeszkadzają Twoje i tak samo odpierdol się od moich. Są też takie, że będziemy rozmawiać i nie będziemy się zgadzać. Wtedy możemy przedstawić sobie wzajemnie, jak do tych poglądów doszliśmy — żeby lepiej się rozumieć. Nie musimy na końcu tej wymiany przepasać się ramionami i zostać współwyznawcami. Celem ćwiczenia jest wiedza, w jaki sposób myśli druga osoba. Potem możemy wziąć sobie ten cudzy tok rozumowania do domu i na przykład obalić go we własnym zakresie. Albo zastanowić się, gdzie są czyje racje, gdzie ich nie ma, a gdzie jest szara strefa (podobno tylko krowa nie zmienia poglądów. One po prostu rodzą się z zamiłowaniem do Mozarta).

Można też pomyśleć, czy któreś części naszych przekonań mają podłoże uwarunkowane historią rodziny, wychowaniem, wykształceniem, sytuacją życiową – czymkolwiek, co czyni kontekst. Jeśli potrafisz kategorycznie oznajmić “taa, on to lubi, bo jego pierwsza dziewczyna tak robiła”, to w ramach ćwiczeń gimnastycznych przymierz to podejście do siebie.

Przykład:

Jest kilka powodów, dla których nie mogę być antysemitą, nawet gdybym chciała. Po pierwsze, uważam, że nierozsądne są wszelkie uprzedzenia i dyskryminacje w temacie rasy, płci, pochodzenia, koloru skóry/włosów/oczu (wszelka genetyka ogólnie) oraz cudzych pomysłów na życie, które bezpośrednio mnie nie dotyczą (tj. nikt do mnie nie strzela z powodu, że mam inne). Różnice istnieją i są w porządku, a uprzedzenia istnieją i nie są w porządku. (Świadomość istnienia różnic to jedna sfera pojęciowa, a dyskryminacja z ich powodu to druga. Jedenaste: nie mieszaj).

Wszystko pozostałe da się sprowadzić do punktu pierwszego, gdyż doszłam do niego kilkoma drogami.

Bardzo ważną w moim przypadku były, nie czarujmy się, kręte ścieżki wychowania w rodzinie. Po niej jestem nielękowa (a częstą przyczyną antysemityzmu jest obawa przed nieznanym) oraz ciekawska (więc nieznane szybko przestaje być nieznane).

Inną trasą poszła prosta kalkulacja — dlaczego miałabym nie lubić Żydów? Czy aby nie mam już wystarczająco dużo zajęć i tematów do rozmowy? Skoro w poprzednich pokoleniach tygiel narodów rozmnażał się na krzyż, a drzewo mojej rodziny ma gałęzie Wszędzie (Twojej też, jeśli przyjrzysz się odpowiednio uważnie), to halo, muszę mieć w sobie trochę genów pejsatych. Jeśli faktycznie Żydzi trzymają w garści kasę całego świata, to wydaje mi się, że już bym to zauważyła i kupiła sobie coś ładnego.

Mam także w rodzinie osoby o żydowskich korzeniach. Dla kogoś o wąskich horyzontach to by wystarczyło, żeby wycenić mnie co najmniej na filosemitę. Oczywiście byłaby to wycena pochopna i nieuwzględniająca pozostałych wysiłków intelektualnych, które wykonałam samodzielnie, zastanawiając się, czy są jakieś zalety zostania antysemitą. (Nie było).

Są też takie różnice światopoglądowe, w których Ty mówisz do mnie w jednej przestrzeni pojęciowej, ja do Ciebie w innej i nie dogadamy się, dopóki nie ustalimy wspólnej płaszczyzny. Wcześniej szkoda czasu na strzępienie języka.

Przykład:

Wyobraźmy sobie dwie osoby rozmawiające o swoich poglądach politycznych. Osoba numer jeden uważa, że istnieją poglądy dobre (“moje”) i poglądy złe (inne niż “moje”). Osoba numer dwa uważa, że do każdego poglądu wolno przyłożyć te same narzędzia badawcze i w ten sposób ocenić ich sensowność. Cokolwiek ćwiczą, rozmowa im się rozjeżdża i nic dziwnego.

Pokolenie moich rodziców poglądy polityczne wymieniało na pierwszej randce i od wyników tej wymiany zależało, czy jest szansa na kolejne bazy. Pokolenie moich dziadków miało chyba całe dwie opcje światopoglądowe do wyboru i nie stały one jakoś bardzo wysoko na liście priorytetów, bo codzienne życie było wystarczająco absorbujące.

Za mojej wczesnej młodości były “ciekawe czasy” jako zmaterializowanie chińskiego przekleństwa, tj. ze stosunkowo wygodnej opcji “z nami lub przeciwko nam” płynnie przeszliśmy w wieloletni cykl prania z wirowaniem. Jeśli nie pamiętasz lat 90. zeszłego wieku, to z ręką na sercu zapewniam, że teraz jest może niezbyt pięknie, ale dość spokojnie.

Przez wiele lat miejsce ludzi głoszących poglądy w klimacie dzisiejszych frakcji radykalnych było w głębokiej niszy. Grupy tego rodzaju miały swoje gazetki, w których osobniki danego think-tanku publikowały się, zgadzały się ze sobą i gorąco dyskutowały z resztą świata, który kątem oka łypał na te “dyskusje” i starannie się do nich nie odnosił.

Ilustracja nieadekwatna, ale rozśmieszyła mnie do łez:

nieadekwatna ilustracja

Wsiadamy w maszynę czasu i nagle jesteśmy w czasach bieżących. Teraz jest taki myk, że istnieje więcej kanałów komunikacji publicznej i panuje inna kultura polityczno-światopoglądowa. Jest dużo większa wolność i wyznawania, i głoszenia niemal wszystkich poglądów[1].

Jest to świetne i umówmy się, że wszyscy to lubimy (niektórzy lubiliby jeszcze bardziej, gdyby “niemal wszystkich” zmieniło się we “wszystkich”, ale to już ćwiczenie na inną okazję). Możemy sobie coś uważać i dopóki nie jest to w sprzeczności z konstytucją, wszyscy mogą nam skoczyć. Ba, wolno nawet mieć opinię pt. “ten zapis w konstytucji nie podoba mi się”.

free speech

Jeśli jest dla Ciebie dogłębnie oczywiste, że wolno mieć w zasadzie każdą opinię, to przypomnę, że jeszcze za mojego życia tak nie było. Wyssałam z mlekiem ojca, że za krzywe spoglądanie na poglądy ustalone przez oficjalną partię groziły oficjalne nieprzyjemności, a za rzeczy, które robiło się i mówiło w moich domach, rodzina mogła stracić pracę, pójść do więzienia, miewać wjazdy mundurowych na chatę i inne takie żadnefrajdy.

Co za tym idzie, za moich młodych czasów nie było także zajęć z wiedzy o społeczeństwie (które zdaje się są od ładnych paru lat i nawet maturę można z tego zdawać). Ledwo zaczynały się lekcje prawdziwej historii. Nie że się jej tam uczyłam, bo nie od nauki była wtedy szkoła, poza tym interesowała mnie raczej współczesność, a ją miałam poglądowo z balkonu.

Prawdziwą historię i to, co w niej jest najbardziej istotne, poznawaliśmy dzięki rodzicom i dziadkom – po cichu, z prikazem, by niekoniecznie tą wiedzą dzielić się publicznie (vide stracić pracę, pójść do więzienia, wjazdy mundurowych). Kto miał więcej szczęścia, węszył informacje z historii filozofii i literatury oraz, proszę się nie śmiać, z nurtu piosenki podziemnej. To w ogóle było dużo ciekawsze niż perspektywa kartkówki z istotnych dat w -nastym wieku. Dawało kontekst, obraz i wszelkie przydatne narzędzia do wyśmiewania absurdów dzisiejszego życia politycznego oraz niedouczenia elektoratu. (Jeśli masz ~20 lat, jestem ciekawa, jakie trafiły Ci się alternatywne źródła wiedzy historycznej i czy w ogóle były potrzebne).

Teraz mamy w tym kraju jakąś wersję demokracji i nie wszystkim to odpowiada. Program wosu ma nawet rozdział pt. “zagrożenia współczesnej demokracji”. Jeśli demokracja Ci nie odpowiada, a nie masz kamiennej, stalowej, żelazobetonowej pewności co do wad i zalet różnych modeli ustrojowych — doczytaj, wyrób sobie opinię i wróć. Dodatkowe punkty możesz sobie przyznać za zestawienie na przykład demokracji z monarchią i rozważenie wariantów, w których stoisz na różnych szczeblach drabiny społecznej w obu ustrojach (opracuj co najmniej cztery szczeble).

Ale do adremu.

Ustalmy też, że można być zwolennikiem jakieś poglądu, zestawu poglądów lub nurtu światopoglądowego, a także zwolennikiem osoby głoszącej jakieś poglądy.

Jeśli skrótowa nazwa Twoich poglądów pochodzi od czyjegoś nazwiska, to warto wiedzieć, że Wszyscy Dookoła zakładają, że wyznajesz tę czyjąś filozofię jako komplet, zestaw powiększony z frytkami.

Przykład a)
– Jestem anarchistą. (można także: liberałem / prawicowcem / socjalistą itd.)
– Anarchistą? W sensie wybijania szyb czy w sensie Kropotkina?
– Yyyyy.
albo:
– Nie w sensie Kropotkina, tylko Stirnera. (Ooo, zaczyna się ciekawa rozmowa, przyniosę drinki).

 Przykład b)
– Jestem korwinistą / marksistą / keynesistą / maoistą.
– Aha, wszystko jasne. (To ja pójdę umyć włosy).

Jak widać, prywatnie wolę przykład a), bo w nim posiadacz opinii aka rozmówca może mieć jakiś szerszy lub węższy zestaw światopoglądowy, którego elementy da się sprawnie ustalić i odnieść do nich w sposób prosty. Z ludźmi z przykładu b), którzy podjęli tego rodzaju zobowiązania światopoglądowe, niemal zawsze mam jakiś problem, a ręka sama szuka deski nabitej gwoździem.

Powiedzmy, że podoba Ci się koncepcja “wymarzonej Polski jako monarchii” oraz “podatków jako zła wcielonego”. To jest znakomite otwarcie, ciekawe wyzwanie intelektualne, da się z tego złożyć taką konstrukcję, jaka Ci się podoba, a potem opowiadać ją chętnym.

Jednak jeśli jesteś “korwinistą” (założę tutaj, że jesteś facetem, bo kobiet-korwinistek jest skrajnie mało), to paczka jest gotowa i nie ma, że boli. Oprócz fajnych rzeczy, które mówi Korwin-Mikke (są takie, bo z jakiegoś powodu Ci się spodobał), zobowiązujesz się uważać także, że:

  • Twoja żona/siostra/matka/babcia/córka jest człowiekiem gorszym i głupszym od Ciebie, Twojego brata, ojca, dziadka i syna. Nie “innym” czy “różniącym się”, tylko gorszym i głupszym. Way to go.
  • Samice powinny uczyć się w szkołach tylko do 15 roku życia. Jeśli lubisz z kobietą pogadać o czymś ciekawym po tym, jak skończycie się grzmocić, mam dla Ciebie złą wiadomość.
  • A propos grzmocenie, kobietę można przelecieć, jeśli miała już pierwszy okres. Czyli jeśli Twoja córka lub siostra ma circa 11 lat, to każdemu wolno z nią zacząć.
  • Oraz skończyć. Jeśli matka, córka lub siostra protestują, twierdząc, że na przykład nie chcą się aktualnie grzmocić, to tylko tak się droczą.
  • Twoje plemniki przenoszą w kobietę różne informacje, które zmieniają ją w kogoś bardziej podobnego do Ciebie pod względem rozumowania.
  • Jeśli jesteś nieposłusznym młodym człowiekiem (np. wolisz pisać komentarze w internecie zamiast się grzmocić czy zapierdalać małymi rączkami za pieniądze), spotka Cię kara chłosty.

Chyba jasne, że w takich warunkach nie porozmawiamy, a ja będę mieć na Twój temat opinię być może nierzetelną, ale za to zupełnie niekorzystną.

Jeśli masz czyjeś poglądy zamiast własnych — choćby jeszcze nie w całości gotowych, choćby wewnętrznie sprzecznych, “w przygotowaniu” — to nie jesteś dla mnie partnerem do rozmowy, tylko niemądrą ofiarą pułapki pełnej kolców, gówna i nieprzyjemnych konsekwencji.

——8<——

[1] Według obecnego prawa nie wolno propagować poglądów totalitarnych (art.13 i art. 256 KK). Oprócz tego nie wolno głosić poglądów, nawet własnych, jeśli są związane z nawoływaniem do popełniania czynów zabronionych. Nawiasem mówiąc, ideologie faszystowska, nazistowska i komunistyczna łączą zgrabnie oba te warunki. Nie sposób być profesjonalnym nazistą, faszystą lub komunistą i nie nawoływać do dyskryminacji.

18 thoughts on “o poglądach”

  1. Wydaje mi się, że znajdzie się “profesjonalny komunista”, który nie potrzebuje dyskryminacji do swojej agendy politycznej. “Profesjonalny bolszewik” jednakowoż już zdecydowanie się łapie. ;)

  2. Co za tym idzie, za moich młodych czasów nie było także zajęć z wiedzy o społeczeństwie (które zdaje się są od ładnych paru lat i nawet maturę można z tego zdawać).

    Jako robiący podstawówkę za czasów PRL mogę zaprotestować, albowiem lekcje WOS już były. Ba, chyba pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku (wiek dodaję, bo dla młodszych PRL to może być równie dobrze coś z XIX wieku, np. SDKPiL) pojawił się podręcznik — niebieska okładka z czarnymi sylwetkami ludzi. Tak przynajmniej mi skleroza podpowiada, ale na szybko nie idzie tego wygóglać.

    Oraz: rozmowy polegające na wymianie poglądów na ogół są cholernie interesujące. Oczywiście pod warunkiem, że obie strony dzielą się przemyśleniami, są otwarte na wysłuchanie poglądów interlokutora oraz biorą pod uwagę możliwość modyfikacji swoich poglądów czy choćby spojrzenia na poglądy drugiej strony.

  3. @mikołaj
    W mojej podstawówce zajęć jeszcze nie było, w liceum też nie, ale maturę już prawie na pewno można było z wosu zdawać. Pamiętam swoją zadumę nad tym, co w zasadzie trzeba umieć do takiej matury? Nazwiska głów państw?… Głupia byłam, proszę się nie śmiać. Teraz jestem mądra, bo składałam korepetycje z wosu i przy okazji przeczytałam. Bardzo fajny przedmiot.

    Wymiana poglądów taka, jak opisałeś, jest sprawą znakomitą i prawie łatwą do zorganizowania — wystarczy tylko zebrać dwie osoby _dobrej woli_ :D

  4. Jako korwinista niepraktykujący (bo póki Korwin Korwinem w Polsce nie ma szans na sensowną partię zbiżoną do UPR), swój jeden grosik pragnę wtrącić: “być korwinistą” != “być jak Korwin” ze wszelkimi tego konsekwencjami. Istnienie wyobrażonych “pakietów” światopoglądowych i zaliczanie do nich na podstawie etykiet to bardzo niefajna praktyka, bo druga strona np. w ten sam sposób sobie “upraszcza” np. feminizm (“banda zwariowanych bab palących staniki” or compatible) i cóż im na to powiesz: że głupio myślą? Pewnie że tak, ale co wolno Tobie wolno każdemu.

  5. “Jeśli masz czyjeś poglądy zamiast własnych (…) to nie jesteś dla mnie partnerem do rozmowy, tylko niemądrą ofiarą pułapki pełnej kolców, gówna i nieprzyjemnych konsekwencji”.

    A wiesz, że dla większości ludzi jest całkowicie odwrotnie? Uzasadnienie, że coś pochodzi z moich przemyśleń (niejednokrotnie wieloletnich, bo lubię sobie poczytać), to jest żadne uzasadnienie. Ktoś musi za tym stać, takie, rozumiesz, in odore sanctitatis. Bez glorii nie ma. Bo kto ja niby jestem, żeby tam sobie przemyśliwać.

  6. WOS wcześniej istniało jako PNOS (Propedeutyka Nauki O Społeczeństwie) i można było zdawać to cudo na maturze.
    Z tym, że do 1989 opierało się na podręczniku udowadniajacym wyższość systemu socjalistycznego nad świętami wielkiej nocy 8^)

  7. w odpowiedzi na pewien nurt komentarzy tu i ówdzie (głównie ówdzie) chciałam zauważyć, że mówienie “jestem korwinistą, ale nie zgadzam się z Korwinem” brzmi dokładnie tak samo hilaryjnie jak “jestem leninistą, ale nie zgadzam się z Leninem”. ale serio, siadłam na fotelu, zadumałam się nad tym sformułowaniem i zaczęłam się tak śmiać, że wystraszyłam kota.

    no, już więcej nie spojluję.

  8. @moje-waterloo
    to prawda. kiedy człowiek sam siądzie i przemyśli, to jest to słabe. niewiele mniej słabe jest identyfikowanie się z jakimś ogólnym nurtem, gdyż oportunizm i pójście na łatwiznę. trzeba mieć coś od jakiegoś nazwiska, żeby nie było słabe.

    (zapach świętości znako, dziękuję i zapożyczam do użytku)

  9. Proszę uprzejmie. Odór znakomicie się sprawdza w wielu sytuacjach.

    Nasunęło mi się jeszcze, że za sytuacje z przemyśleniami własnymi szczególnie obrywałam na okoliczność wierzeń. Pyta się mnie jakiś dobry człowiek, czy jestem katoliczką. Nie – odpowiadam, zgodnie z prawdą. A kim? (Silna potrzeba zaszufladkowania). Gdy byłam młodsza, próbowałam często wyłuszczyć swoje przemyślenia (flagowe: nie uważam jakoby bóg był idiotą) i obserwowałam, jak ludzie wypierają moje gadanie w pierwszej minucie. Po czterdziestce po prostu mówię: zwyczajnie – szatanem*.
    Finalnie lądujemy w tym samym punkcie i się nie nagadam. Zamiast tego mam czas, by poczytać. Np. Twój blog ;o)

    * Człowiek zdaje sobie po prostu sprawę, że wiza mu wygasa, więc szkoda marnotrawić jej legalności na gadanie do ściany. Choć, nie powiem, dość powszechna jest opinia, że ściana najlepszym przyjacielem kobiety. Szczególnie kuchenna. Lub, opcjonalnie, w łazience. Żeby się nie dekoncentrować na zmianie pomieszczenia, przeniosłam pralkę do kuchni.

  10. @moje-waterloo
    Też mam pralkę w kuchni — tak sprytnie ukrytą, że wnikliwa osoba może mieć niepokój. Jednak w ramach ćwiczenia niepokojów lepiej sprawdzają się rzeczy, które widać, niż te, których nie widać, zatem w łazience umieściłam elegancki kryształ pełen tamponów oraz wok (i są one regularnie elementem konwersacyjnym, w odróżnieniu od pralki).

    A proposłonia, mam w rodzinie osoby nieochrzczone. Jedna z nich pracuje w środowisku ludzi ponoć wykształconych, a warunkiem zasadniczym w jej zawodzie jest pewna otwartość umysłu. Kadra w kuchni rozmawia sobie oczywiście na tematy nieobowiązkowe, m.in. o tym, gdzie ktoś był ochrzczony. Osoba zapytana odpowiedziała, że nigdzie. Jak to nigdzie, każdy był gdzieś-kiedyś ochrzczony. Nie, nie każdy był. Oj każdy był, tylko pewnie nie pamiętasz. No więc pamiętam doskonale, że nie oraz nigdzie. E, coś kręcisz, sprawdź w domu w papierach i powiedz. da capo al fine

    Mam nadzieję, że jako ewidentna bezbożnica i woda na młyn, znajdujesz u mnie zadowalające treści i postaram się dalej dostarczać (;

  11. WOS w latach ’80 nazywał się PNOS (Propedeutyka Nauki o Społeczeństwie) i był obowiązkowy na maturze. Polegał na rozpaczliwej próbie zindoktrynowania młodzieży.

  12. Jako nieprzystająca do niczego, znajduję tu liczne treści wywrotowe, którymi się napawam w mych katakumbach, gdzie uprawiam bezbożność z lubością, dziko chichocząc oraz tocząc ślinę z kącika. Wobec powyższego apeluję, żebyś nie odbierała mi tych rzadkich przyjemności (grafika też), bo już mnie Naima wystawiła do wiatru na dłuższy czas. Ulga, że wróciła, bo z tej rozwiązłości zaczęłam malować paznokcie – u stóp – na kolor dyskusyjny.

    PS Zapewne nie będę oryginalna, gdy oświadczę, że czytam od dawna. W milczeniu. Ale co tak będę milczeć. Nie znam się, to się wypowiem.

  13. Dziękuję! Zapraszam oraz gorąco zachęcam do wypowiadaniazpowodunieznania się pomiędzy lubością dzikich chichotów. Mało co tak dobrze robi w moje podłe serduszko, jak engejdżment we współmyślach wywrotowych.

  14. @siwa
    Aaa, to wyjaśnia moje skakanie kolanka, kiedy słyszę “propedeutyka”. Wiedziałam, że to bez sensu, ale nie mogłam zidentyfikować, skąd się bierze (sens ma przecież niewinny i sylab dużo).

  15. Ciekawe. Mam takich krewnych, co to są korwino-piso-kato. No i oni zawsze są przekonani, że skoro ja jestem to co jestem czy tam głosowałem na Nowicką, to automatycznie muszę mieć wszystkie poglądy Nowickiej, Grodzkiej i w ogóle kogokolwiek kto kiedykolwiek był na lewo od Niesiołowskiego. Jak to, nie przykuwasz się w proteście przeciw atomom, przecież jesteś wiadomo-co?

    No i miałem wrażenie, że generalnie ci co są bardziej w korwinach i prezesach automatycznie przypisują mi cały zestaw poglądów jeśli stwierdzą, że zgadzam się z jednym z nich albo głosuję na kogoś, na kogo oni by nie zagłosowali. Tak więc na przykład oddawszy głos kiedyś na Palikota (w osobie Wandy Nowickiej, która była kandydatem z mojego berlińskiego okręgu), jestem pono przeciw szczepieniom (przez tę idiotkę Grodzką).

    I żyłem w przekonaniu, że to jest taka meta-różnica światopoglądowa między prawym a lewym, no bo ja dopuszczam istnienie osób wyrywających się ze schematu (korwinista, co zmywa gary i jest na tacierzyńskim albo czynna katoliczka, która opowiada o kondomach i antykoncepcji).

    Z Twojego tekstu wynika, że ci co ich lubię dokładnie tak samo potrafią przypisywać innym zestawy poglądów jak moi krewni,.

  16. miałam więcej nie spojlować, ale January dostaje pierwszą naklejkę z kwiatuszkiem.

  17. Urywam sobie płatek z kwiatuszka Januarego, bo mam wrażenie że napisał to co chciałem powiedzieć (modulo dzielene na “naszych” i “onych”) lepiej, niż sam to zrobiłem

Leave a Reply