świąteczne gry wojenne

Jeśli lubicie swoją rodzinę, sprzedam Wam patent na zajebistą zabawę wigilijną. Ciotka przywiozła ją z Danii. Potrzebne będą co najmniej dwie kostki sześciościenne i stoper oraz po dwa małe pakunki od osoby. Gra jest dla dorosłych sprawnych fizycznie.

W dowolny dzień świąt siada się w kółku przy pustym stole. Każdy wykłada na środek dwa nieoznaczone prezenty. Jakieś tanie drobiazgi, maks dyszka za sztukę, ale może też być rękodzieło. Świecznik, magnesik na lodówkę, tego typu. Można to też robić z nieudanymi prezentami (ta wariacja gry może już w innym gronie niż rodzina).

Dobrze zapakowane, żeby się nie zniszczyły podczas bójek, które zaraz nastąpią.

Runda 1.
Dwie osoby, najlepiej z przeciwnych stron stołu, biero po jednej kości i rzucajo, po czym przekazują kość sąsiadowi z prawej. Szybko, szybko! Kto wyrzuci szóstkę, zgarnia jeden prezent ze środka stołu. Runda kończy się, kiedy wszystkie paczki zostaną zgarnięte.

Runda 2.
Ktoś nastawia stoper na tylko sobie znany czas (zwykle parę minut). Dopóki nie zapiszczy, dalej po kolei turlamy kostki. Nadal kto wyrzuci szóstkę (szybko, szybko! bez przetrzymywania!), ten zgarnia prezent, ale tym razem z cudzych zbiorów. Wtedy właśnie polujemy na najsmaczniej zapowiadający się prezent albo mścimy się na ulubionym członku rodziny za TE WSZYSTKIE LATA, podbierając mu paczki za każdym razem, kiedy się nam poszczęści.

To ma być szybka gra: przechwycenie kości od poprzednika — rzut — jeśli szóstka, wrogie przejęcie prezentu — lżenie podczas grabieży (“Żmija! Na własnym łonie!”) — rzut — rzut — rzut! HA!

Gdy czas minie, może się okazać, że ktoś zostanie z pustymi rękami. Dlatego my zawsze oszukujemy — koniec gry zostaje zarządzony tylko jeśli każdy ma co najmniej jedną zdobycz. Teraz rozpakowujemy, rechoczemy, że najczęściej wyrywaliśmy sobie mydło, a potem i tak wymieniamy się niespodziankami.

10 thoughts on “świąteczne gry wojenne”

  1. Błagam nie dajmy się temu obrzydliwemu zwyczajowi z “rzucajo”, “robio”. ąąąąąą! Takie wyrażenia strasznie rzucają (sic) mi się w oczy i potem łzawię.

  2. Chciałam napisać, jakby to wyglądało w wykonaniu mojej rodziny, ale właściwie to odpuszczę, przetrwam te święta doskonaląc zen.
    Ale trochę zazdrość.

  3. Tia, biero, rzucajo, a potem wszyscy ganiajo kota Wojtka w celu odzyskania kości.

  4. Przyznam się, że czasami korci mnie idea pisania dialektem: Mie, se, ziemjaki, pieńcet szeździesiont czrzy i tak dale. Tak się mówi na co dzień na moim podwórku, a moim zdaniem powinno się pisać tak, jak się mówi.

    W ogóle to jest zupełnie na serio ciekawy temat. Ostatnio z pewnych powodów zależało mi na tym, żeby dłuższy kawałek tekstu napisać mową potoczną i byłem bardzo zaskoczony, jak wielu słów używa się bardzo często w mowie, ale bardzo rzadko w piśmie i na odwrót.

  5. Dla wszystkich, którzy pomyśleli, że autorka nie umi ortografii oświadczam, że to “rzucajo” było specjalnie. Bo “rzucają” i “rzucajo” to dwie inne czynności, jak sama zdążyła już sobie zastrzec. A ja cieszę się, że nie tylko ja dostrzegłem tę wyraźną różnicę. Powiedziałbym nawet autorko, że jesteś z tego powodu moją bratnią duszą. Pozdrowienia i hepi niu Jer

  6. No przecież nie pieńcet, tylko pińcet!
    Bez kozery powiem, przychodzi taki i nawet ortografii nie zna ;-)

Dodaj komentarz