zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora

Dziękuję za odzew po ostatnim wpisie, ale widzę, że pewien drobiazg wymaga wyjaśnienia.

Po pierwsze, to nie ja mam kłopoty. U mnie wszystko w porządku. Grzejemy dupska nad ciepłym morzem, opijamy się colą zero i wpierdalamy egzotik fud w otoczeniu brzydkich Niemców (jak powiedzieć w ich języku “ani żel na rzadkich włosach + srebrny łańcuch, ani zesmażone na skwarek cielsko nie są seksi”?) i ładnych Włoszek (jak powiedzieć w ich języku “wcale nie obśliniam się na twój widok, wymsknęła mi się tylko galaretka cytrynowa”?). Internet jest drogi, a pokój komicznie mały, ale za to morze ma takie dno, że czasem zapominam oddychać (czas nauczyć się nurkować z rurką).

Owszem, mam niewyjaśnionego siniaka na ćwierć dłoni, dziurę w palcu u nogi mieszczącą sporo kamieni i złazi mi skóra z dupy, a w domu czekają szczątki pralki, ale obok mnie leży radosna Druga Połowa, w telewizorze leci Animal Planet (nie będziemy mieć gekona, bo będzie nam łaził po telewizorze, jaki śliiiiczny tygryyyyysek! chcę tygryska), a w domu tęskni za mną najpiękniejsza gitara na świecie (też tęsknię, kochana, już niedługo). I jeszcze drugiego dnia urlopu zadzwonił telefon z pracy z propozycją pracy (phyhy).

Jestem dzieckiem szczęścia — świat regularnie głaszcze mnie po próżności, żołądku i innych narządach. Mózgu mi doszczętnie nie ujebało, więc oczywiście przeraża mnie wyjątkowy nawał nieszczęść w okolicy. Mam mocny wkurw na to, że nic nie mogę poradzić i nie wiem, czy los już przestał siekać. (Znaczy, trochę wiem, że nie przestał — zalało Szczecin i Gdańsk, tam też mam znajomych). Ale chwilowo jestem na zajebistym zasłużonym urlopie prawie dwa tysiące kilometrów od domu, więc mogę się tylko i wyłącznie odprężyć. (A każdy, komu zakwitną pretensje, że nie zamartwiam się na śmierć, może się stuknąć w czoło czymś ciężkim).

Po drugie, to nie ja mam kłopoty. Ten blog nie jest moją tablicą ogłoszeniową. Jeśli będę czegoś od kogoś potrzebować, wystawię wyraźną flagę, wypuszczę oznaczonego gołębia albo wyślę wyczerpujące sygnały dymne. Nie będę wołać o pomoc rozpaczliwym blogaskiem ani przerabianiem sobie przedramion na mielonkę. Egzaltacji we mnie tyle, co kot napłakał. Jeśli wpis był dramatyczny, to znaczy, że dzieje się jakiś dramat. Ale, co mogło umknąć czytelnikowi, nie spotyka on mnie. Kłopoty ma babka z nogą w gipsie, pomocy potrzebuje kumpela w szpitalu, wsparcie przyda się ludziom, którzy stracili coś ważnego. Rozejrzyj się, może nie tylko w moich znajomych walnęła jakaś pojebana karma, pomóż, oddaj krew, zrób cokolwiek.

Oraz, jeśli jesteś moim znajomym, uważaj na siebie.

One thought on “zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora”

Dodaj komentarz