nie graj tego jeszcze raz, samiec

W tym odcinku podróży za jeden teledysk (patrz “nie graj tego jeszcze raz, sam“) ruszam w poszukiwaniu fajnego ciacha pci menzkiej. Dla ustalenia uwagi:

  1. nie rozróżniam gatunków muzycznych
  2. lubię boysbandy (dziesiątki tysięcy dolarów wydanych po to, żeby pięciu nieletnich, pryszczatych, wijących się metroseksualnie patafianów… a, to już było)
  3. całe System of a Down jest ciacho (mru), wokalista Disturbed jest ciacho (chociaż karypel), Azis (umalowany) jest ciacho, Jack Sparrow jest ciacho, Vin Diesel jest ciacho, Keanu Reeves jest ciacho, młody Mel Gibson, stary Sean Connery są ciacho. Ewan McGregor 10 lat temu był ciacho. Johnny Lee Miller był, ale wyłysiał. Jon Favreau był, ale przytył. Tilda Swinton jest ciacho (chyba że to wprowadzi za duże zamieszanie, w takim razie rezygnujemy z Tildy). Peter Stormare jest ciacho. Gerard Butler jest ciacho. Ja tak mogę długo.

Kiedy już wiadomo, kto jest ciacho, poszukajmy nowych, obiecujących ciasteczek.

Tiesto “In the dark”. Kawałek na początku wydawał mi się jak raz do klubu, ale się popsuł szybko. Chłopak bezpłciowy, tak jak teledysk.

30 seconds to Mars “The Kill”. Chłopcy ładni, w gajerkach, umalowani, ale nudnawi. Atrakcyjni raczej dla młodych, podobnie umalowanych dziewcząt typu emo.

Rootwater “Hava Nagila”. Mimo że gustuję w tym typie chłopców, doradzam umycie włosów i mniej nachalne chwalenie się dobrą robotą dentysty. I może trochę pośpiewać by wypadało, zanim zacznie się to robić za pieniądze.

Bartek Wrona “Tango – This Love”. Autor teledysku chyba zdawał sobie sprawę, że tańczące dziewczęta będą milsze oku niż wokalista, który kiedyś był optycznie nierażącym kawałkiem boysbandu, a obecnie przypomina wdzięczne prosię ze sztywnym karkiem.

Sebastian Makowski “To co lubię”. No jest chłopiec z włosami na głowie i poetycką klatką piersiową, ale tekst od pierwszej linijki jest to, czego nie lubię.

Scooter “Behind The Cow”. Koleś ma sto lat, nie? (Kawałek klasyczny, jakby kogoś interesowało. Tytuł bardzo mnie ujął.)

Onar “To mnie napędza”. Nie dość, że wali mnie serdecznie, co go napędza, to jeszcze nie ma na co popatrzeć.

Łona i Webber “Miej wątpliwość”. Dobra, tu trochę oszukuję z tym szukaniem nowego. Łona jest szalenie w moim typie już od jakiegoś czasu, i twarzowo, i tekstowo. Śliczny jest.

Billy Talent “Fallen Leaves”. Starannie softpunkowi chłopcy, jednak trochę zbyt czyści, nie dam się nabrać.

Frontside “Wybraniec”. Zespół gra cięższy kawałek typu rock, a wokalista chyba im na złość odstawia nastoletni bojzbend, tylko nie wygląda odpowiednio dobrze. Nie fair do kwadratu.

Akanoid “On Air Again”. Sen pederasty, but still no cookie.

Czarno Czarni “Nudny świat”. Dużo facetów, może nawet i fajnych, ale żadnych ciastek.

Maroon 5 “Makes Me Wonder”. Twarz jak trampek, głos jak podeszwa. Przecież nie będę szukać ciacha w obuwniczym.

Masterplan “Lost And Gone”. Miało być tak pięknie. Dobrze się zapowiadało, gitara, zabawny perkusista. A potem wokal włożył sobie mikrofon do gardła i zaczął do niego cierpieć mimicznie.

Amon Amarth “Cry Of The Black Birds”. Hehe, fajne. Wyleciało mi z głowy, jak się nazywa to kręcenie włosami do ciężkiej muzyki, ale to jest to, co chłopcy potrafią. Pan tak ładnie charkocze, że nawet wybaczę mu dyrektorski brzuszek opinany satanistycznym podkoszulkiem.

The Killers “Read My Mind”. Za mało zabawne, za mało melancholijne, za mało homo, za mało hetero.

hariasen “N.”. Zdecydowanie zbyt homo. O matulu.

Maciej Miecznikowski “Śpiewam, bo muszę”. Już pióro było uzbrojone w ładunek ociekającej jadem ironii, ale okazało się, że to śmiszne. Ale patrzeć nie ma na co, a po to tu jesteśmy, więc jedźmy dalej.

Sunrise Avenue “Fairytale Gone Bad”. Jakiś wysyp krzywookich pedziów, kurde?

Andreas Johnson “A Little Bit Of Love”. O FAK. Do tego się klonują.

NOT “To taka gra”. …na szczęście nie wszyscy są tacy do końca niefajni. Ten ma nawet głos miły.

Dobra, bo się nigdy nie doczekam niczego ładnego. Popatrzmy w starocie.

Piasek “Imię deszczu”. Tu nawet nie tylko na chłopców można popatrzeć. Wręcz trudno się zdecydować.

The Verve “Bitter Sweet Symphony”. Ciastko z koksem nam niepotrzebne.

Kavana “Will You Wait For Me”. A tu znakomicie zapowiadający się chłopczyk zaczyna dziumdziać i czar pryska.

Backstreet Boys “I Want It That Way”. Klasyka, ale to już nie na moje lata.

Dobra, najwyraźniej w święto pracy ciastkarnie zamknięte. Idę odtruć się starym Azisem i nową pytką Disturbed.

One thought on “nie graj tego jeszcze raz, samiec”

Dodaj komentarz