o poranku

Bardzo często jest tak, że jakieś wydarzenie lub okoliczność w ciągu dnia ma wpływ na nasze samopoczucie. Mawiamy “ten dzień się źle zaczął, ale dobrze skończył”. Albo “przez ten deszcz wszystko wydaje się szare”. “Obudził[e|a]m się krzywo” itd.

Dużo zależy od tych paru chwil po przebudzeniu. Walniemy się w palec o drzwi łazienki, pochlapiemy wodą nalewaną do czajnika, spojrzymy w lustro i zauważymy, że wyglądamy jak mops-punkowiec — i przy odrobinie nieuwagi możemy wejść w dzień ze skwaszoną miną, ponieważ Wszystko Źle.

Być może mieszkamy solo, dopieścimy się czule wykonaną herbatką, kawką czy inną przegryzką, pogłaszczemy podczas prysznica i ogólnie zmarchwiwstaniemy do lepszego humoru, ale może tylko w ponurym nastroju przebrniemy do kolejnego punktu programu.

Być może mamy rodzinę albo współlokatorów, ktoś komuś zrobi kawę, opowie śmieszny sen, przytuli umiejętnie, aby nie skrzyżowały się oddechy przed myciem zębów, i przypomni nam to, że nie wszystko jest chujowe, tylko po prostu światło poranka jest sine, ale zaraz przestanie. Być może będzie dokładnie wręcz przeciwnie i ludzie dookoła tylko wzmogą naszą niechęć do gatunku.

Potem wsiądziemy do komunikacji miejskiej do Tych Wszystkich Ludzi, który na pewno by śmierdzieli, gdyby nie to, że mamy słuchawki w uszach. Albo do udamy się w przejażdżkę samochodową pośród kompletnych melepetów, którzy Nie Umio Jeździć i Kto Im Dał Prawko, żeby wylądować w pracy/szkole z gasnącą nadzieją, że może tym razem nikt nie będzie od nas chciał niczego męczącego na cito.

Jeśli mamy szczęście, może jest w pracy/szkole ktoś, kto opowie coś wesołego albo uśmiechnie się szeroko i bezinteresownie na nasz widok. Albo może uda nam się coś zwalczyć, osiągnąć, ogarnąć i będzie to źródłem niejakiej satysfakcji. Damy radę.

Jeśli nie jeździmy do pracy (frilans, zajmowanie się domem/dziećmi itd.), to powyższe także dotyczy, mamy styczność przecież w końcu z jakimiś ludźmi i oni mogą być palantowi albo przyjemni.

Czasem to my jesteśmy kimś takim dla kogoś, niezależnie od naszego oryginalnego samopoczucia — może sprawimy komuś przyjemność samą swoją obecnością, nie będziemy ponuro marudzić, uśmiechniemy się, wniesiemy w kolektyw społeczny odrobinę pozytywu.

Reszta dnia i ew. powrót do domu też mają swoje walory dodatnie i walory ujemne, ale dziś chciałam o poranku. Przy czym oczywiście poranek traktuję umownie, bo czasem wstaję o piątej, a czasem o siedemnastej, no ale zawsze w końcu wstaję i jest jakiś początek dnia.

morning

No więc mam pytanie. Jeśli zgodzimy się, że początek dnia potrafi wpłynąć na jego dalszy ciąg (niezależnie od tego, czy sami/same jesteśmy źródłem naszego samopoczucia, czy polegamy na wpływach zewnętrznych), to DLACZEGO tyle ludzi zaczyna dzień od czytania fejsa czy portali newsowych albo sprawdzania nadejszłej nocą poczty?

Niektórzy odpowiedzą: żeby być na bieżąco. Rozumiem — jest potrzeba upewnić się, że wszystko wygląda z grubsza tak samo jak wczoraj. Ale też umówmy się, że na razie wystarczy sprawdzić, czy mamy kończyny tam, gdzie były ostatnio, a nie brać cały świat na plecy.

Zły Major Witek przypomniał mi dowcip, dobry, bo polityczny:

Facet przychodzi codziennie do kiosku, bierze najnowsze wydanie “Prawdy”, patrzy na pierwszą stronę i odkłada. W końcu kioskarz się pyta:
– Kupuje pan, nie kupuje, co pan w ogóle robi?
– Szukam nekrologu.
– Ale nekrologi są w środku.
– Ten będzie na pierwszej stronie.

W tym porannym rytuale sprawdzania wiadomości nie chodzi mi o wyczekiwany miły komunikat, tylko o strumień ogólny. Przecież, jeśli naprawdę starannie nie dobieramy sobie treści i znajomych oraz jeśli nie pracujemy w zarządzaniu kryzysowym, to od tego można dostać chorób przewlekłych.

Popatrzmy na tego fejsa. Ile razy przy porannej lekturze nie skoczyło Wam ciśnienie? (“Zamiast kawy, ha ha”). Jak często nie uznajecie na podstawie przedstawionych Wam wiadomości, że ludzkość zasługuje na zagładę? Dręczone zwierzęta, tragiczne wypadki, festiwal politycznej głupoty. Potok ludzi, którzy czegoś od nas chcą — reakcji, działania, odpowiedzi (najlepiej natychmiast).

nope1

Ja wiem, że media (prasa, tv, radio) nawet w idealnie kulistym świecie rzadko daje znać o rzeczach normalnych, bo niusami są sytuacje niezwykłe, nietypowe, awaryjne. (Ze sprawami i ludźmi normalnymi można poobcować w materiałach reportażowych, lajfstajlowych, wywiadach itp., rzadko w newsach; nic dziwnego). Ja wiem, że psychologia i socjologia zrobiła milion pięćset badań na temat, co ludzi porusza, i materiały z mediów mają odbicie w wynikach. Że tytuły mają być intrygujące, że każdą kwestię można postawić na różne sposoby i niektóre z tych sposobów są bardziej angażujące, więc robi się tak, a nie inaczej. Ja wiem, że częścią świata są krzywdy, chujnie, podłości, nieszczęścia, nieporozumienia i smutki.

Nie jest żadną niespodzianką, że społecznościówki serwują nam treści analogicznie jak media. Ludzie dzielą się tym, to ich porusza, angażuje, z czego są dumni, z czego się cieszą — dzielą się tym, co jest dla nich ważne i warte ich czasu. Czas, który wkładamy w społecznościówki, przelicza się dla ich właścicieli na wartość w pieniądzu, więc jasne jest, że różne algorytmy będą próbowały nas zatrzymać na dłużej i zachęcić do aktywności.

*** Przerwa prywatna

Na gieplusie mam czytelny wpływ na to, co widzę. Czytam konkretne osoby (zobaczę wszystko, co napisały od ostatniej mojej wizyty, jeśli będę przewijać ekran odpowiednio długo). Subskrybuję konkretne tematyczne kolekcje materiałów, jeśli nie mam ochoty kogoś czytać w całości. Ogólnie serwis jest wciąż jeszcze mniej nastawiony na proponowanie mi treści, które Mogą Mnie Zainteresować, a bardziej na dawanie mi dokładnie tego, po co przyszłam. Zresztą ludzie tam siedzący czują, że serwis nadaje się do dłuższych tekstów, lepszej jakości zdjęć, mniej jest błyskawiczno-bonmotowych przerzucanek, więcej dyskusji na poziomie. Od paru lat jeszcze nie zdarzyło mi się przeglądanie gieplusa zakończone niesmakiem czy spsuciem humoru.

Na twitterze dzieje się wszystko na raz, więc mogę zafundować sobie najwyżej przebodźcowanie, jeśli nie będę uważać, ale ja się akurat nieźle czuję w takich serwisach.

Na fejsie za to czuję się źle. Nie widzę wszystkiego, co piszą znajomi, za to z pewnością dowiem się, co polajkowali. Mam parę grup, gdzie zaglądam po konkrety. Kiedy kliknę w link albo sama polajkuję, to wyświetli mi się stado postów, które facebook uważa za a propos. Dostaję zaproszenia na bzdurne “wydarzenia”. Po miesiącach zachowywania dyscypliny nie wyświetla mi się to, czego bardzo nie mam ochoty oglądać (ale wciąż jeszcze nie do końca wszystko to, co chcę).

No, ale to ja, a każdy ma inaczej. Nie próbuję usilnie stworzyć sobie “rzeczywistości” w internetsach składającej się tylko z kotków i słodyczy, jednak dokładnie tak samo, jak w każdej innej dziedzinie życia, wybieram i chcę móc wybierać, czym się otaczam i w jakich proporcjach. Ludzie i sprawy, z którymi spędzam parę godzin dziennie, mają wpływ na to, kim jestem i jak wygląda mój dzień, niezależnie od absurdalnie wielkiej mocy mojego charakteru czy gospodarki czasem.

(Co mi przypomina, jak po 10 latach niemania racji w Usenecie zorientowałam się NAHLE, przeglądając jakieś archiwalne wątki, że z wesołej i zdystansowanej do siebie osoby zmieniłam się w zgorzkniałego weterana. Powiem tyle, objawy odstawienne trwały miesiącami i od tego czasu uważam na siebie).

*** koniec przerwy

Czy powszechną wiedzą jest, że jak człowieka rzadziej boli, to lepiej ból znosi? Że im więcej człowieka chwalić za sukcesy, tym mniej będzie się zamykać w sobie po porażkach? Że w im lepszej jest formie fizycznej, tym łatwiej o dobry stan psychiczny, bo osoba mniej stęka i więcej rzeczy uważa za wykonalne?

Być może to nie do końca intuicyjne, ale zdrowa odporność na chujnię bierze się nie z ciągłego obcowania z chujnią (z tego może wyniknąć otępienie, a to nie to samo). Mózg potrzebuje pewnej higieny. Będzie łatwiej znajdować rzeczy, z których może się cieszyć, jeśli nie będzie się w kółko przybijać. Trudno doceniać uroki życia, kiedy wygrywają negatywy. Znaczy można, ale nie każdy mózg tak działa, że brzytwy się chwyta, bo czasem już nie ma siły rączek wyciągnąć.

Ad rem. Mamy trochę wpływu na swoje samopoczucie i proponuję go uprawiać. Zwłaszcza o poranku.

Nie wiem, można poprzeciągać się przez minutę, zamiast od razu garbić się nad komórką. Można zjeść czy wypić coś dobrego, patrząc za okno jakoś wyżej trawnika, bo na trawniku są kupy. Pogłaskać się po gładkich schabikach podczas prysznica i ucieszyć się, że jeszcze jest kawałek skóry taki niepognieciony. Odgonić myśli negatywne — one są rano słabsze, wystarczy im stanowczo odmówić.

Nie czytać fejsa ani nie sprawdzać poczty służbowej od razu po przebudzeniu, tylko chwilę później. Nie wiem, jak państwo, ale ostatnia rzecz, której mi rano trzeba, to dowiedzieć się, że mam tysiąc spraw do ogarnięcia i że jest kolejny tysiąc kwestii, nad którymi mogłabym się zastanowić. Narażanie półśniętego mózgu na obróbkę niekoniecznie pokrzepiających informacji podstawi mu nogę i będzie lazł przez resztę dnia z obitą gębą.

Każdy ma swój sposób na bezpieczny poranek. Na przykład mój chłopak zaczyna dzień od czytania webkomiksów o ludziach normalnych (znaczy Questionable Content i Schlock Mercenary), bo wie, że to go na pewno nie skwasi. Czy ktokolwiek przystępuje do niusów z rana z nastawieniem, że teraz poobcuje z czymś przyjemnym? A potem nie doświadcza rozczaru?

O poranku można zrobić inne rzeczy zamiast. Na przykład coś miłego dla kogoś, kto się na pewno ucieszy (jeśli mamy taką osobę pod ręką). Sama o świcie nienawidzę wszystkiego i nastawienie czajnika jest ponad moje siły, więc za każdym razem, kiedy po wywleczeniu się z legowiska znajduję względnie świeżą herbatę, którą naszykował mój chłopak, robi mi się lepiej.

Żeby dzień był przyjemniejszy, można po przebudzeniu najpierw zrobić coś miłego dla siebie, a dopiero potem mierzyć się z rzeczywistością. Dzięki temu od rana będziemy mieć co najmniej jedną rzecz, która dziś się udała — a potem już jakoś pójdzie.

animals-looking-through-the-window-7

5 thoughts on “o poranku”

  1. Ja się dzisiaj obudziłam przed psem, co mnie BARDZO ucieszyło. Pomyślałam sobie: czekaj no, bratku – teraz zawiążę ci ogon na supeł za te wszystkie poranki tupania i lizania!!!
    I co? Jajco. Przetrzeźwiał, gdy się skradałam.

    To nie wiem czy dobry poranek, czy nie ;)

  2. ha, każdy poranek, w którym uda mi się wstać, zanim koty zaczną śpiewać, jest taki dobry i wyspany…

Leave a Reply