dżęder fluid

Wpadł mi w oko ostatnio artykuł How We’re Raising Our Gender Fluid Kid.

To nie jest nowy temat i nie wynika on z szatanowskich wynalazków współczesnych przemian kulturowych. Nie ma związku z Upadkiem Tradycji i tego typu głupotami. W ogóle w pierwszej chwili zirytowało mnie przylepianie jakiejś łatki zupełnie normalnemu dziecku.

Przenieśmy się circa czterdzieści lat wstecz. #Zamoichczasów nie było dyskusji o dżęderze. No, słowa jeszcze takiego nie było, ale nie w tym rzecz. W mojej rodzinie kwestia, że płeć do czegoś zobowiązuje, w zasadzie nie istniała. Prawdopodobnie dlatego, że jak ma się wystarczająco dużo zobowiązań w życiu, to dokładanie kolejnych jest sensowne jak wkładanie patyka w oko.

Disclaimer: usłyszałam parę razy, że moja rodzina jest lekko ekscentryczna, ale dopiero niedawno. Czuję zatem, że mogę bezpiecznie założyć, że kiedy byłam dzieckiem, nikt o nas w ten sposób nie myślał. W każdym razie nie wystarczająco usilnie, żeby mieć potrzebę o tym rozmawiać. A były to czasy, kiedy na wychowywaniu cudzych dzieci i prowadzeniu cudzego domu ludzie znali się jeszcze lepiej niż dzisiaj, bo co prawda nie było internetów, ale za to miało się więcej wolnego.

Tata mówił do mnie “lisiczko” albo “mała mi” (i dalej w rodzaju żeńskim), mama nazywała mnie “kajtek” (i dalej w rodzaju męskim), dziadek też “kajtek” (żeński). Macocha mówiła “kajtusiu” (żeński), a babcia “kajtuś” (żeński) oraz, zamieszczam to jako comic relief, “kajtulinek”. Pierwsza osoba, która to wypowie w mojej obecności, ma w tubę, a następnych czekają męczarnie. Babci było wolno, ale na tym koniec.

Nigdy nie czułam, że coś jest w związku z tym nie w porządku. Kajtek skakał po fajki, kajtek pomagała przy samochodzie, kajtuś pomagała przy cieście, mała mi budowała z bratem szałas i cięła w karty. Było wporzo. Kaja nauczyła się naprawiać wtyczki (bo się psuły), smażyć naleśniki (gdyż głód), szyć, robić manipedi i ogólnie zadbać o siebie.

Dziecko przechodziło okres dojrzewania zupełnie normalnie. Hormony, rozterki, łzy, śmiechawki, trądziki, pryszcze, zadziorność, bunt, kompulsywna masturbacja, łamanie przepisów drogowych. W zasadzie poza okresem i nagłym wyskoczeniem cycków nie działo się nic gender-specific.

W żadnym domu, a rodzinne miałam trzy pod wieloma względami różne, nigdy nie było rozmowy, że dziewczynkom czegoś nie wypada. Oczywiście, jak to w rodzinie, było wiele informacji, co przyzwoitej osobie uchodzi, a co nie. Takie komunikaty są potrzebne, świecenie przykładem też nie zaszkodzi. O świeceniu będzie niżej.

Mogłam się ubierać, w co chciałam, jedyna walka tekstylna, którą pamiętamy, to że berecik chciałam mieć na środku, a nie na boku głowy. No i oczywiście że natychmiast po upchnięciu w kombinezon zimowy zawsze żądałam siku. Peerel nie stał na przeszkodzie kształtowaniu gustów, ponieważ moja matka jest w stanie uszyć wszystko z niczego.

Nigdy nie podsłuchałam rozmowy o tym, że z dzieckiem jest być może coś nie tak, bo bawiło się tym, a nie tamtym, czytało to, a nie tamto, ubierało w to, a w tamto nie lubiło. (Nie lubiło w rajstopki, suprajz). Dziecko było płci obojętnej, ale za to bardzo zajęte. Czytało, rysowało, rozbierało i składało zegarki, szyło ubranka, torturowało kaktusa, robiło urządzenia mechaniczne z silniczkiem. Lubiło zwierzątka, pływanie, łażenie po drzewach (gencjana! pamiętacie gencjanę?), strzelanie z łuku. Uwielbiało dawać się rozpieszczać i dużo spać. Z równym przejęciem pochłaniało książki przygodowe i romantyczne. Miało lalki i samochodziki.

W szkole dziecko siedziało w ławce i z chłopakami, i z dziewczynami. Wspominałam już gdzieś-kiedyś, że całą klasą graliśmy w gumę i w kości — jakoś nikomu do głowy nie przyszło, że komuś w cokolwiek z kimś grać nie wypada. Słowo “chłopczyca” usłyszałam może dwa razy w życiu, od babci i w kontekście fryzury. Babcia także uparcie kupowała mi radzieckie koszule nocne. Koszule owe przydały się zresztą w końcu w liceum, kiedy nocowało u mnie trzech kumpli i potrzebowali czegoś do spania. Ogromnie żałuję, że miało to miejsce w czasach przedkomórkowych, bo wyglądaliśmy zajebiście.

Pochwały, nagany i oceny ogólne też nie miały konkretnego profilu. Wszystko, co pamiętam, niezależnie, czy dotyczyło intelektu, tężyzny fizycznej, umiejętności manualnych czy bycia upierdliwym, nie zawierało przymiotników zorientowanych na role społeczne zgodne z jakąkolwiek płcią. No, zapamiętałabym sobie coś takiego.

Nieproszone rady życiowe też były uniwersalne. (Wyjątkiem były uwagi babci na temat manadżowania facetami, w czym skądinąd osiągnęła mistrzostwo, i jeden komplement: “pęciny masz zgrabne”. Owszem, mam).

Zanim młody człowiek polubił wódeczkę, mama poradziła, żeby przed wyjściem na imprezy zjadać tłusto (grzanki z grubym żółtym serem dawały radę). Zanim polubił się grzmocić, tata przedstawił środki antykoncepcyjne, plany be oraz kwestie elementarnej higieny wenerycznej. Cała rodzina mówiła, każdy po swojemu, co to znaczy “szanować” się i innych, i umówmy się, sprowadzało się to do robienia różnych rzeczy na własnych warunkach, co przysługuje każdemu.

Babcia codziennie po pracy gotowała dla dziadka obiad z trzech dań. Dziadek umiał zrobić dżem i naprawić elektrykę. Mama nie gotuje w ogóle, chyba że dla pieska. Tata gotuje z lubością (brat też,  zobaczcie jak, możecie mi zazdrościć). Macocha w tym czasie pali papierosa w fotelu i ogląda mecz, a jak taty nie ma, to zamawia jedzenie przez internet. Mama, tak jak wcześniej babcia, jest atrakcyjną, zadbaną kobietą. Umie naprawić elektrykę. Tata jest najbardziej męskim mężczyzną, jakiego znam, taki wiecie, wysoki, umięśniony, bujna broda, mało mówi o uczuciach. Umie naprawić samochód. Jak potrzebuje o uczuciach, to bierze gitarę i śpiewa. Na emocjach za to zna się macocha, umie o nich mówić znakomicie i z wyczuciem. Wszystkie babki w rodzinie jarają jak smoki, żaden z facetów nie pali.

Ogólnie rzecz biorąc, moja rodzina jest stereotypowa dokładnie tam, gdzie ma ochotę, a ekscentryczna tam, gdzie ktoś patrzy i koniecznie chce to zobaczyć.

Co się więc dzieje, kiedy cała rodzina latami nie mówi dziecku, jak się ma zachowywać w zależności od swojej płci? Kiedy podkreśla w dziecku cechy niezależne od narządów czy stereotypów? Kiedy nie twierdzi, że “na coś trzeba się zdecydować” albo że jakieś hobby czy zajęcie jest “dziwne”?

Nic niezwykłego się nie dzieje. Dziecko nie zastanawia się, czy jest chłopczykiem, czy dziewczynką, dopóki nie przyniesie tego zagadnienia skądinąd. Dziecko jest gender-fluid, dopóki się go do tego aktywnie nie zniechęci. Dziecko czuje się człowiekiem, potem próbuje różnych łatek, aż w końcu zostaje sobą. Wtedy oczywiście, tak jak wszyscy, ma cały zestaw problemów, ale przynajmniej minus ten jeden.

***

O zupełnie nowych kwestiach, które dla mnie wynikają z, khm, braku posiadania i realizowania stereotypowych wyobrażeń na temat ról płciowych, będzie osobna notka. Ponieważ w świecie, w którym większość dzieci jednak wychowuje się w stereotypie, nikomu nie jest łatwo.

5 thoughts on “dżęder fluid”

  1. Off-topic:
    Moja ciotka mówiła do swojego małżonka KAJTUNIU falsetem à la Basieńka z “Nocy i dni” Antczaka.
    Brrr. Same złe skojarzenia. ;)

  2. Komplement babci zrobił mi dzień. :D Teraz będę nim raczył dziewczęta, nawet bez związku z faktycznym kształtem pęcin, raczej dla samego brzmienia tego słowa. :D

  3. Ochota by zwrócić się do ciebie per “kajtulinek” jest ogromna.

Leave a Reply