animal sociale

Wielu moich znajomych ma coś do powiedzenia, w końcu trochę po tym ich sobie znajduję. Cechuje ich także zwykle przenikliwość, posiadanie zainteresowań i ogólnie stosunek krytyczny do zagadnień wszelkich (przez “krytyczny” rozumiem wątpiący, pytający, analizujący, nie narzekalsko-marudzący). Po jakimś czasie zacieśniania więzi często okazuje się — zero zdziwień — że mamy podobne wymagania wobec niektórych aspektów rzeczywistości oraz wiecznie niezaspokojoną potrzebę wpływania na nią. U mnie na kwadracie zwykle manifestuje się to żywiołowymi dyskusjami po nocach. Nadciągające gniewne perory często zapowiada okrzyk bojowy: “jestem liberałem!”, a kończy refleksja “o rany, jak późno, a ja jutro do pracy”.

W moich domach rodzinnych polityka nigdy nie była kwestią pierwszoplanową. Pewne kwestie są “oczywiste”, a explicite o polityce rozmawia się raczej przed wyborami albo po wyjątkowo smakowitych aferach. Od dawna prowadzę własny dom, także otwarty, i także polityka się po nim przemieszcza. Niektórzy goście mają świetnie sformułowane przemyślenia, ale kiedy ich namawiam do publikacji, twierdzą, że na ich blogach nie ma kontekstu dla tego rodzaju treści. Zatem oficjalnie inauguruję tutaj nową kategorię “polityczne“.

Dziś udostępniam antenę znakomitej osobie przynoszącej pełne emocji przypomnienie, że każdy z nas to politikon zoon.

Nie jestem posłem. Nie pracuję w ministerstwie. Nie piastuję urzędu w gminie. Nie należę do partii politycznej. Mimo to codziennie mam do czynienia z politykami.

Rankiem, na klatce schodowej, zdarza mi się minąć sąsiada wojującego o ścisły reżim użytkowania osiedlowego parkingu. Pracuję w towarzystwie radykalnych przeciwników systemowych rozwiązań emerytalno-zdrowotnych, którzy przekuwają swe poglądy na czyny, zatrudniając się „na firmę” zamiast „na etat”. Podczas przerw obiadowych czytam o życiu rowerzysty w Warszawie, wpływie rozporządzeń ministerialnych na prowadzenie samochodów przez niesłyszących, komunikacji miejskiej w Bydgoszczy i wielu innych rzeczach, którymi pasjonują się moi znajomi. Wieczorem zdarza mi się dowiedzieć od mojej ukochanej czegoś na temat nowej ustawy o hodowli zwierząt, albo o nowej, pozarządowej inicjatywie kastracji kotów podwórkowych.

Tak uprawiana polityka stopniowo wypiera z mojego życia tę gazetową. Kiedy minister i posłowie – w kółko ci sami – powtarzają po raz setny te same opinie na zgrane tematy, o których wszyscy już wyrobili sobie zdanie, jest to jałowe i nudne. Gdy publicyści w mediach – tych z lewej i tych z prawej – podgrzewają atmosferę komentarzami pełnymi zbędnego oburzenia, mam ochotę kazać im wszystkim się zamknąć. Za to politykę uprawianą po amatorsku i partyzancku śledzę z fascynacją, ponieważ jest konkretna, osadzona w rzeczywistości i skuteczna.

Moi znajomi politycy nie lubią widzieć siebie w takiej roli. Politykę utożsamia się u nas z działalnością zawodową, a więc: z urzędami, mandatami poselskimi, obecnością w prezydiach partii politycznych, a czasem również z lobbingiem. Większość hołduje ściłemu podziałowi na „nas” – uczciwych ludzi, ofiar polityki – i „onych”, naszych oprawców, którzy na politykę mają wyłączność. Zająć się polityką to tyle, co stać się jednym z nich.

Uważam takie myślenie za niefortunne pomieszanie pojęć.

Prześledźmy następujący eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie, że nie ma kultury poza biznesem wydawniczym. Istnieje Hollywood, stacje telewizyjne, Amazon, Empik, Appstore i jeszcze kilka firm – ale nic poza tym. Nie ma kina niezależnego. Nie ma gier komputerowych z segmentu indie. Nie można napisać książki bez wydawcy. Nie ma lolcatów, memów internetowych, demotywatorów, 4chanu ani prywatnych blogów. Nie istnieje strona, którą właśnie czytasz. Ludzie nie piszą fanfików, nie grają na instrumentach, nie śpiewają, nie tańczą, nie opowiadają anegdot ani dowcipów. Tak pomyślany świat byłby nie tylko smętny, ale przede wszystkim niemożliwy. Kultura jest w nas i powstaje spontanicznie; możemy mieć ją za darmo w każdych ilościach. Jej istnienie budzi w nas potrzeby, takie jak chęć słuchania ciekawych opowieści. Odpowiadają na nie wydawcy książek czy producenci filmowi. Dopóki robią to dobrze, mają szansę zarobić. Niemniej to oni istnieją dzięki kulturze, a nie kultura dzięki nim.

Polityka jest jednym z aspektów kultury. Istniałaby nawet gdyby zniknęli wszyscy zawodowi politycy, wszystkie partie i wszystkie rządy. Powołujemy ją do życia za każdym razem, gdy mamy wspólną sprawę do uzgodnienia. Partia polityczna to zaledwie korporacja próbująca zrobić na polityce interes i dostarczająca nam produktu politycznego, który lepiej bądź gorzej odpowiada naszym potrzebom. Ale to partia istnieje dzięki polityce, a nie – polityka dzięki partii.

Jest wielkim dramatem naszych czasów, że parlamenty zmieniły się w izby handlowe obsadzone przez wyspecjalizowane korporacje. Ale koniec końców to my jesteśmy ich płacącymi klientami, więc taki a nie inny stan rzeczy to wyłącznie nasza wina. Nie jest prawdą, że nie mamy na niego wpływu. Pogląd, że polityka to coś, co się robi na państwowym urzędzie, w gabinecie, ewentualnie na spotkaniu partyjnym lub zebraniu zarządu, jest dalece nieżyciowy.

Dwa lata temu, po wypadku lotniczym pod Smoleńskiem, grupa bardzo zdeterminowanych ludzi umieściła na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie kontrowersyjny symbol swoich przekonań. Stanął tam z pogwałceniem przepisów i obyczaju, ale ani policja, ani miasto, ani nawet biskup nie zdołali go stamtąd usunąć. Politycy zawodowi wnet zauważyli w tym okazję do zaoferowania swoich produktów; jedni okazali poparcie, a inni sprzeciw. Jednak żaden z nich nie stworzył tego fenomenu. Oni go jedynie zagospodarowali. Ich niby-debata szybko utknęła w martwym punkcie.

Zwrot akcji nastąpił, gdy naprzeciwko jednej grupy polityków-amatorów stanęła druga, znacznie liczniejsza i wyraziła pogląd, że symbol powinien opuścić Krakowskie Przedmieście. Po tej demonstracji siły nagle okazało się, że policja, miasto i biskup odzyskali możliwość działania. Symbol został usunięty, jednak autorytet i władza okazały się do tego niewystarczające. Siłę sprawczą mieli demonstranci.

To właśnie jest polityka.

Rok temu wybuchła afera ACTA. Można było odnieść wrażenie, że rządy wielu krajów pracują skrycie nad porozumieniem handlowym stanowiącym potencjalne zagrożenie dla praw obywatelskich. W Polsce nastąpiły protesty, jednak zabrakło im rozmachu, ponieważ był właśnie środek zimy i na dworze panował dwudziestostopniowy mróz. Na demonstrację na Krakowskim Przedmieściu przyszło zaledwie około dwóch tysięcy osób.

A jednak – w ciągu tygodnia okazało się, że odpowiedzialny za negocjacje minister biega od spotkania z obywatelami do spotkania z obywatelami, że premier popisuje się czujnością wobec niepopularnych przepisów, że duża gazeta codzienna drukuje artykuł o pokoleniu użytkowników Sieci, a autorkę tego artykułu zaprasza się do telewizji, by wyraziła opinię. Posłowie w europarlamencie ścigali się o to, który z nich szybciej i głośniej zmieni poglądy o 180 stopni.

To również jest polityka.

Polityka nie jest branżą, jak reklama, inżynieria oprogramowania czy budownictwo. Polityka jest formą aktywności społecznej, jak imprezy, szlajanie się po knajpach i konwenty fanów fantastyki. Partie, rządy i wybory to wisienka na torcie, oprawa, stoisko ze zniczami pod bramą cmentarną. Prawdziwa polityka – to my.

Polityka to starsze panie modlące się pod wielgachnym krzyżem i studenci, którzy je zza policyjnych barierek wyganiają do kościoła.

Polityka to ludzie gotowi zmarznąć, by powiedzieć coś ważnego.

Polityka to młodzi wykształceni z Warszawy zmieniający wynik wyborów osiemdziesięcioprocentową frekwencją, wyższą o dwadzieścia punktów od średniej krajowej.

Polityka to każden jeden proboszcz w pierwszej z brzegu parafii, który mówi ludziom, jak głosować, a oni potem idą i głosują tak, jak ksiądz powiedział.

Polityka to tęczowa młodzież przed sceną na Marszałkowskiej, młodzież w kominiarkach na placu Konstytucji, potrójny kordon policji pomiędzy nimi i prywatny dron filmujący to wszystko z powietrza. Tak w Warszawie wyrażały się patriotyczne uczucia podczas zeszłorocznego Święta Niepodległości.

Polityka to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i spotkania młodych ze starymi na Przystanku Woodstock.

Polityka to spór rowerzystów z kierowcami.

Polityka to kombatanci wydreptujący sobie nazwy ulic i skwerów.

Polityka to martwość tych wszystkich przepisów, które istnieją tylko na papierze, bo politycy-amatorzy mają je w dupie: meldunek, kodeks pracy, prawo autorskie, ograniczenia prędkości.

Polityka to bezdomny wyskakujący na kandydata prezydenckiego i prowokujący go do “spieprzaj dziadu”.

Polityka to również niniejszy felieton.

Wreszcie, to my wszyscy, którzy moglibyśmy wyrażać poglądy słowem i czynem – jak moi współpracownicy, dla których polityka przekłada się na formę zatrudnienia. Moglibyśmy wpływać, przekonywać, interesować się, kontrolować. Tego wszystkiego nie robimy, bo wygodniej jest zostawić ją innym, a samemu okopać się na jakimś moralnym pagórku i strzelać do przechodzących obok. Polityka to fakt, że nam nie chce się uprawiać jej dla idei, za to innym chce się uprawiać ją dla pieniędzy.

Jacek Wesołowski jest autorem bloga Inżynieria Wszechświetności.

8 thoughts on “animal sociale”

  1. Nawiasem mówiąc, moje domy rodzinne wszystkie były niewątpliwie liberalne (przez co rozumiem indywidualizm, libertarianizm, choć już leseferyzm zdecydowanie niekoniecznie). A dyskusje prowadzimy zażarte jak prawicowi publicyści.

  2. wszystko fajnie, tylko że pisząc “wygodniej okopać się na moralnym pagórku i prowadzić stamtąd ogień” to wiesz co robisz?

    przypomnieć chciałbym, że w starożytnej grecji (żeby pozostać w wywołanych przez kaję klimatach) zwierzętami politycznymi byli obywatele, czyli – nie oszukujmy się – z dzisiejszego punktu widzenia klasa próżniacza. politykowali ludzie utrzymujący się z pracy cudzych rąk, dysponujący czasem: na odebranie wykształcenia umożliwiającego świadome uczestnictwo w życiu polis oraz na samo chodzenie na agorę. czas jest walutą, którą płacimy za czynne uczestnictwo w polityce. dlatego właśnie tu i teraz osiągnięcia mają ludzie, którzy zajmują się polityką zawodowo oraz ci, którzy wolnego czasu mają ile chcieć.

    a wszyscy inni, jak powiedział ostatnio frasyniuk – zapierdalają.

    z punktu widzenia starożytnej grecji bliżej nam więc do helotów niż obywateli. i nie ma co kręcić nosem na to, bo to jest niestety fakt.

  3. E, nie jest z nami aż tak źle, by nam zarzucać bycie helotami: na agorze bywamy, nikt nam nie zabrania. Chodzimy na wybory, coś tam napiszemy, skomentujemy, ba, niektórych to i wydrukują albo w telewizji pokażą. Więc źle nie jest.
    Problem w tym, że jest nas za mało. Bo nie mamy chwytliwych haseł, bo nie krzyczymy ich na ulicach, bo nie umiemy ładnie i równo maszerować. Bo nam się to nie podoba i budzi niemiłe skojarzenia. Nie mamy czym porwać tłumów, niestety.
    Ale jesteśmy w polityce. Jak wykazał autor, nie uciekniemy przed nią, chyba na bezludną wyspę, poza społeczeństwo.
    Chcę wierzyć, że kiedyś łagodnie i niechcący podbijemy świat, w którym nie będzie już miejsca na zło. Chociaż to pewnie już nie za naszego życia ale pamiętam, że dwadzieścia kilka lat temu nie miałem żadnej nadziei na to, co mamy dzisiaj.
    Mamy wolność, dkn.

  4. nie będzie łagodnie i niechcący, bez przyłożenia twojej czy mojej ręki nie będzie zmian w kierunku, który byśmy chcieli zobaczyć.

    rzecz w tym, że mamy mało czasu, więc chcielibyśmy wydać go sensownie. niestety powoduje to często, że nie wydajemy go na nic.

  5. I tak często się przeprowadzacie/dzielicie/obrażacie? Ja tam do prawicowych publicystów bym się nie porównywał ^^

  6. @btd
    naah, silne emocje wiążą się głównie ze lżeniem tego, kto nas ostatnio wkurwił i wymyślaniem, co byśmy jakiej grupie społecznej zrobili za pomocą deski, imadła i małej koparki. w sensie, żywiołowo, radykalnie i z pianą na pysku dyskutujemy z przeciwnikiem nieobecnym. ale masz rację, nie ma co obsrywać swojego gniazda tym porównaniem.

    między sobą nigdy nie mieliśmy konfliktu na tle politycznym, bo na tematy gruntowne po prostu się zgadzamy, estetykę mamy podobną, a w tematach drobnych umiemy ładnie podpisać protokół rozbieżności. od wielkiego dzwonu zdarza nam się znaleźć jakąś różnicę poglądów wagi lekkiej, oidp ostatnio nie było jednomyślności przy omawianiu końcówek żeńskich w nazwach zawodów.

    ojezu, i teraz nie wiedzieć czemu przypomniała mi się owsianka nasza codzienna z dzieciństwa: http://www.youtube.com/watch?v=5n5YwlmLv1Q

  7. wyobraźmy sobie, że nie ma kultury poza biznesem wydawniczym. Istnieje Hollywood, stacje telewizyjne, Amazon, Empik, Appstore i jeszcze kilka firm – ale nic poza tym. Nie ma kina niezależnego. Nie ma gier komputerowych z segmentu indie. Nie można napisać książki bez wydawcy. Nie ma lolcatów, memów internetowych, demotywatorów, 4chanu ani prywatnych blogów. Nie istnieje strona, którą właśnie czytasz.

    No przecież jakieś 15 lat temu właśnie tak było.

Leave a Reply