mechanizmy naprawcze

Ktoś zrobił ci krzywdę? Ktoś sprawił ci przykrość? To twoja wina. Podłożyłeś/aś się.

Przyjęliście kiedyś taki komunikat? Przyjęliście. W tej czy innej formie każdemu było robione. Jeśli nie jest na śmiesznie, macha się na to ręką, należało się, trudno. Kolejna rzecz do noszenia w plecaku.

Co znowu psujesz? Popatrz, co przez ciebie robię. Trzeba było siedzieć cicho. Ubierasz się [ew. Zachowujesz się] prowokująco, to co się dziwisz. Trzeba się było nie pchać przed szereg. Trzeba było uważać. Pozwoliłaś/eś na to. Jebłem ci, to ci jebłem, na chuj drążyć.

Nie machasz ręką, przykro ci? Poskarż się komuś. Wybierz tego kogoś ostrożnie, bo od niektórych dowiesz się, że trochę należało ci się. W ten sposób może oświecić cię równie dobrze ktoś bliski, jak i obcy. Nie trzeba dogłębnie ogarniać sytuacji ani latami kultywować przyjaźni, żeby rzucić taką hipotezę. Po pierwsze, każdy Polak zna się na polityce, ruchu drogowym i meteorologii, mamy to w konstytucji. Wszyscy wiedzą także, jak wychowywać cudze dzieci oraz co ktoś inny powinien zrobić. Po drugie, odruch usprawiedliwiania napastnika i obwiniania ofiary jest mocno wryty w naszą przaśną kulturę.

Ogólnie rzecz biorąc proponuję, żeby nie przyjmować tego gówna o winie od absolutnie nikogo. Z bardzo prostego powodu. To nieprawda.

Jeśli jest ci przykro, bo ktoś ocenił lub potraktował cię niesprawiedliwie. Jeśli masz poczucie krzywdy, bo ktoś przyznał sobie prawo do dysponowania twoimi rzeczami, ciałem, przestrzenią prywatną, sekretami, uczuciami. Jeśli cierpisz, bo ktoś nadużył twojego zaufania. Jeśli ktoś cię wykorzystał. Pamiętaj: to, co cię spotkało, to nie twoja wina. To, co przeżywasz, to nie twoja wina. Z całego tego skomplikowanego wzoru usuwamy zmienną WINA, bo ona jest z innej przestrzeni Bananacha niż zdarzenie, które cię zraniło.

Hehe, przeżywanie. Znacie to? Sam/a to sobie robisz. Weź przestań już to tak przeżywać. Nic wielkiego się nie stało, przeżyjesz. Oraz moje ulubione: Oesu, kompletnie nie masz poczucia humoru.

Jasne, już wyłączam i przestaję, ojej, czemu wcześniej na to nie wpadłem/am, przecież to TAKIE PROSTE!

W drugą stronę też trzeba uważać. Zastanów się pięć razy, zanim powiesz komuś, że to, co go spotkało z ręki lub gęby drugiego człowieka, to jego WINA. Już mówię dlaczego. (Oprócz tego, że ktoś właśnie położył się przy tobie na plecach, odsłonił swoje delikatne miejsce, a ty właśnie za chwilę najprawdopodobniej wdepniesz mu tam z buta).

Nie trzeba być zgorzkniałym cynikiem, żeby zdawać sobie sprawę, że ludzie nie są zrobieni z cukierków i jednorożców. Od maleńkości uczymy się jakoś sobie radzić, z wiekiem robi nam się grubsza skóra na dupie, zwinniej unikamy ryzykownych sytuacji. To są zabezpieczenia a priori.

Ponieważ życie bywa ciężkie i nie przed wszystkim da się zwiać, a kondycja ludzka jest kondycją ludzką (tu wstawić zgarbione stękanie), zostaliśmy wyposażeni w różne mechanizmy naprawcze. Do użycia a posteriori, kiedy jest już po ptokach, a zbroja okazała się nieszczelna. Dla rozładowania napięcia możemy się popłakać albo wypocić na siłce. Żeby obniżyć ciśnienie, możemy głaskać zwierzęta futerkowe albo walnąć drina. Męczącą rozkminę możemy rozrobić w czasie długiej nocnej Polaków rozmowy. Różne zachowania ludzkie i zdarzenia losowe możemy sobie zracjonalizować, z niektórymi umiemy się pogodzić, inne owinąć taśmą ostrzegawczą na przyszłość i tak dalej.

Ale dziś nie rozmawiamy o zdarzeniach losowych ani o wyobrażaniu sobie, że ktoś krzywo spojrzał w autobusie, bo cię nienawidzi i wyglądasz głupio. (Nie rozmawiamy też o nieleczonej depresji). Rozmawiamy o padnięciu ofiarą. Kiedy ktoś przekroczył twoje granice, a potem dowiedziałeś/aś się, że to twoja wina.

Postawienie sprawy w ten sposób mianowicie zostawia cię z uszkodzonym mechanizmem naprawczym.

Taki ruch jest pułapką na człowieka. Wprowadza w sytuację pojęcie, które nie ma nic do rzeczy. Patyk między szprychami. Ktoś zdecydował, że zrani cię lub sprawi ci przykrość z jakichśtam powodów (które zwykle nie są specjalnie istotne). Następnie uznał, że to TWOJA WINA, i przerzucił odpowiedzialność na ciebie. Z tobą jest coś nie tak. Teraz ty ponosisz odpowiedzialność za to, że jest ci przykro (nie: “ktoś sprawił ci przykrość”. “Tobie jest przykro”, zatem to TWOJA WINA).

TWOJA WINA jest pojęciem, które doprowadzi cię absolutnie donikąd.

Dla osoby cierpiącej pożytek płynie z postawienia jakiegoś uczciwego pytania, na przykład “dlaczego tak się stało“. Albo jakiegoś innego — “dlaczego tak mnie to dotknęło“. Osoba może przejść przez cały proces tonięcia żyrafy:

a potem dojść do wniosków. Dzięki pytaniu “dlaczego” może na przykład popracować nad unikaniem niektórych sytuacji lub niektórych ludzi na podstawie przesłanek (taktyka na przyszłość) lub przeprowadzić proces myślowy, na końcu którego atakujący jest stałym lub przejściowym wątłym rybim chujkiem (sposób na pogodzenie się z sytuacją). Zachować się konstruktywnie, pozostawić przeszłość, lekko zmodyfikować przyszłość.

Oczywiście można też dalej się obwiniać  za pomocą “powinienem/powinnam był/a” (się zorientować, nie wchodzić, ubrać inaczej, siedzieć cicho, nie reagować — do wyboru, do koloru).

Sprawdźmy zatem od tej dupy strony. Powiedzenie “to twoja wina” podsuwa fałszywą przyczynę ataku. Teraz odpowiedź na pytanie “dlaczego” prowadzi do zapętlenia procesu naprawczego. Dlaczego moja wina?… Co ze mną jest nie tak? Mechanizm wyszukiwania przyczyn przykrości będzie teraz kręcił się w kółko. Będzie przeglądał wszystkie twoje cechy charakteru, wyglądu, twoje hormony i co tam jeszcze mogło brać udział w sytuacji. Mechanizm będzie szukał, co w Tobie sprowokowało atak. Nie chcesz znów cierpieć? Musisz się zmienić tak, by nie prowokować.

Nie wiem jak państwo, ale choć mam mnogość cech do przejrzenia, mój mechanizm dość szybko znajduje rozwiązanie. Wiem, że będę bezpieczna, kiedy mnie nie będzie. Kiedy przestanę. Nie będę nikogo i niczego prowokować, nikt mnie nie skrzywdzi, nikogo nie zirytuje moja opinia, moje zachowanie czy ta mina, którą robię — jeśli przestanę robić cokolwiek i zniknę.

“Dlaczego tak mnie to dotknęło” jest pytaniem mniej przyjemnym, ale w pewnych sytuacjach niezastąpionym. Wyłącza WINĘ z obliczeń. Włącza uczciwą refleksję. Uruchamia mechanizm autonaprawczy. Zabiera siłę temu komuś, kto w twojej głowie krzywdzi cię po raz setny. Pomaga się rozliczyć.

***

Ogromnie dziękuję wszystkim, którzy dołożyli swoje trzy grosze do tego tekstu i w najróżniejsze sposoby pomogli mi wydobyć się z pułapki na człowieka. Tak, nawet pancerne nosorożce potrafią w nią wpaść. Kłapnęła z hukiem i trzymała mnie przez dwa miesiące, w trakcie których nie byłam w stanie pisać, rysować ani w inny sposób się cieszyć. Nic nie miało sensu. Na szczęście w końcu przyszło wkurwienie — 62 dni psu w dupę. Tak jakbym miała za dużo czasu, a za mało rzeczy do zrobienia.

Pierwszym ziarenkiem, które przebiło się przez ścianę mojej skorupki, było to: Depression Part Two (serdecznie polecam poprzedni odcinek: Adventures in Depression).

Jeśli chcecie, żebym spisała swoje ulubione sposoby okazywania wsparcia w takich sytuacjach, dajcie znać. Oraz oczywiście podzielcie się własnymi.

19 thoughts on “mechanizmy naprawcze”

  1. Dobry tekst. I gratulacje, zapewne niejednemu się przyda.

    Ja wiem, że to daleko nie ten sam kaliber, zupełnie zupełnie nie tak poważny, ale chciałbym kiedyś nauczyć się radzić sobie z żenującymi flaszbackami z fuckupów, które – często choć nie zawsze – były jednak moją winą (i w ogóle z ruminacjami), ale chyba przyjdzie mi jednak z tym po prostu żyć :/

  2. Och, jaki dobry tekst! I zgrabne podsumowanie tego, co i mi swego czasu bardzo pomogło na terapii (nieoceniona pani Ania!).
    Dodałabym jeszcze jeden sposób na poradzenie sobie z przytłaczającymi bolesnymi emocjami – ja miałam tak, że “MOJA WINA” była wszechogarniająca – ale pomogło, jak nauczyłam się mówić sobie “czuję się teraz zraniona, nieszczęśliwa, zła na tego, kto mnie skrzywdził – i MAM DO TEGO PRAWO”. Mam prawo nosić w sobie te emocje, mam prawo o nich powiedzieć i ma prawo próbować sobie z nimi radzić. “Mam prawo się tak czuć” potrafi całkiem dobrze przepłoszyć “moją winę”.
    dzięki za spisanie tego wszystkiego :*

  3. Srawi dupawi.
    Sprawy pozostawione same sobie zmieniają się złych na gorsze.

  4. @Jakub Gwóźdź
    O skręcających w środku flashbackach z własnych fuckupów też kiedyś chciałam napisać coś krótkiego, mogę to odgrzebać. Udało mi się z tym rozstać, wyćwiczyć scumbag brain, żeby przestał podgryzać (no, przynajmniej nie tak często).

    @Z.
    Czasami się udaje.

  5. Kojarzy mi się to z postkatolickim wychowaniem – rodzisz się z grzechem i potem wszystko, co robisz, z definicji jest grzechem, moja wina, moja bardzo wielka wina, jeszcze nie wiem, co zrobiłam źle, ale na pewno coś zrobiłam i zasługuję na karę i wszystko, co mnie spotyka. Gdybym była mądra, to bym wiedziała, jak postępować, żeby nikogo nie urazić – nie umiem, nie czytam w myślach, chcę dobrze, a wychodzi źle – MOJA WINA.
    Z jednej strony trochę życiowej pokory i szukanie przyczyn [przyczyn, nie winy!] *najpierw* w sobie jest chwalebne – człowiek nie jest doskonały i może się wygłupić. Z drugiej strony prowadzi do tego, co opisałaś – lepiej nie będę się odzywać, bo niechcący coś palnę, ktoś się obrazi, będzie kwas albo i zadyma. Empatia pomaga, dopóki ktoś z twojej empatii nie zrobi swojej broni przeciwko tobie.

    Pewno że spisuj sposoby, będę czytać.
    Uściski!

  6. varek – kto powiedział że same sobie? Bo na pewno nie ja. Się czasem coś spieprzy, ale się to potem naprawia i się idzie dalej.

  7. Kerri ma rację, to jest czysto kapłańskie pojęcie, nic o rzeczywistości, nawet nic o moralności – to tylko wskazanie kozła ofiarnego, akt czystej bezrozumnej nieakceptacji. Wystarczy porównać znaczenie słowa ‘wina” ze znaczeniem słów “błąd’ czy “krzywda”, żeby to zrozumieć.

  8. > Pamiętaj: to, co cię spotkało, to nie twoja wina.

    Dokładnie odwrotnie. Wszystko, co mnie spotkało, to jest moja wina.

    https://sivers.org/my-fault

    Życie jako niekontrolowana seria przypadków to mało atrakcyjna perspektywa. Nasz wpływ na rzeczywistość nie ogranicza się do kształtowania emocjonalnej reakcji na wydarzenia (“Dlaczego mnie to dotknęło?”).

  9. Jednej strony się zgodzę, z drugiej nie mogę. Wydaje mi się, że w ogóle postrzeganie zdarzeń w aspekcie “czyjejś winy” jest trochę nietrafione. Raczej szukałbym powodów/przyczyn takiego stanu rzeczy. Między przyczyną a winą jest taka różnica, że nie obarcza mnie to w 100% odpowiedzialnością. Ktoś mi zrobił coś niemiłego i twierdzi, że to moja wina. Jaka jest przyczyna tego, że mi to zrobił i z jakiej przyczyny twierdzi, że to moja wina. Czy w sytuacji, kiedy ktoś się mści na mnie za coś co mu rzeczywiście zrobiłem – czy można mnie obarczyć winą za to, że zrobił mi krzywdę. Nie. Ale znamy bezpośrednią przyczynę jego zachowania. Czy to kogoś usprawiedliwia? Nie. Czy to obciąża mnie winą, też nie – winę, jeżeli już o niej mówimy ponosi tylko winowajca. Czy mogłem pokierować swoim życiem tak żeby tego nie doszło – no niby mogłem, tylko skąd miałem wiedzieć. To jest trochę, tak że wina nie jest moja ale trochę powodów może leżeć po mojej stronie. Ale absolutnie zgadzam się z myślą przewodnią – nie jest i nie będzie moją WINĄ, to że ktoś coś mi zrobił. Tak chyba myślę.

  10. Budowanie w człowieku poczucia winy jest składnikiem wychowania w PL. Abstrahuje już od całego bagażu doświadczeń z rodzicami/znajomymi, którzy uważają, że gdy poczujesz się winny, to zbierzesz się w sobie i zaczniesz walczyć. Ale narracja ta powtarza się przy popularnym ostatnio temacie szans młodych i sytuacji na rynku pracy: gdybyś zawalczył i się postarał, to byś sobie poradził, skoro więc sobie nie radzisz, to Ty coś robisz źle. To Twoja wina!

    Potrzebowałam terapii, żeby zrozumieć, że poczucie winy nie powinno być częścią mojego życia, bo martwię się o innych i ich sytuację, a nie opiekuję się sobą. A kto o mnie zadba, jeśli nie ja sama? (i mój Konkubent, ale to całkiem inny poziom)

  11. @f_a_t_e
    aha, ad praca — bardzo długo trzymało za nogę mnie coś takiego, że może to na mnie ciąży odpowiedzialność za to, że firma mnie nie szkoli, nie podwyżkuje, może coś źle robię, może oni coś wiedzą, czego nie wiem, może zasługuję właśnie tylko na taką kasę i warunki. (kwestia parę metrów dalej od rozważań z notki, ale point stands). to oczywiście było skrzyżowanie paru rzeczy, w tym tej mojej upiornej samodzielności i nadodpowiedzialności za siebie. tak czy inaczej, mam wrażenie, że na naszym pokoleniu (gatunku?) czasem żerują pracodawcy, używając właśnie tego składnika wychowania, o którym napisałaś.

  12. W takich dyskusjach lubię przytaczać anegdotę o wypadku samochodowym.

    Ruchliwa ulica, na ulicy przejście dla pieszych. Dla pieszych jest zielone. Pieszy przechodzi przez ulicę, w trakcie tej czynności potrąca go przejeżdżający na czerwonym samochód. Pieszy jest poszkodowany. Przyjeżdża karetka i zabiera pieszego do szpitala. Przyjeżdża radiowóz i ustala tożsamość kierowcy.

    Kto jest winny sytuacji pieszego?
    Tu oczywiście zero zdziwień: winny jest kierowca samochodu. Pieszy postąpił zgodnie z umową, natomiast kierowca ją złamał. Jeżeli policja ustali tożsamość kierowcy, to ktoś go pewnie później ukarze.

    Kto jest odpowiedzialny za sytuację pieszego?
    Tu być może niektórzy zobaczą zwrot akcji: odpowiedzialna jest załoga karetki, a nie kierowca. Kierowca, niezależnie od swoich chęci, nie jest w stanie pomóc pieszemu, pomijając proste czynności przygotowawcze. Pieszy na ogół nie jest w stanie pomóc sam sobie. Załoga karetki ma sprzęt i umiejętności. Jeżeli pieszy kiedyś wyzdrowieje, to będzie to zawdzięczał załodze karetki.

    Na czym polega odpowiedzialność załogi radiowozu?
    Tu też wiele osób się wykłada i sądzi, że zadanie polega na ustaleniu winy. Tymczasem zadaniem załogi radiowozu jest ustalenie zgodności faktów z umową. W ogólnym przypadku do potrąceń dochodzi również na skutek nieszczęśliwych splotów okoliczności, na przykład gdy kierowca w trakcie jazdy sam doznaje nagłych trudności zdrowotnych i traci kontrolę nad pojazdem, który wpada na pieszego przechodzącego na zielonym.

    Zwróćcie uwagę, że z punktu widzenia stanu zdrowia pieszego jest zupełnie obojętne, kto go potrącił. Istotny jest charakter poszkodowania, bo z tego wynika procedura terapeutyczna.

    Zwróćcie też uwagę, że wina i odpowiedzialność to dwie różne rzeczy. Wina dotyczy czegoś, co się stało. Odpowiedzialność dotyczy czegoś, co się dopiero stanie. Polszczyzna potoczna niestety zaciera to rozróżnienie, co nam nie służy.

    Jest z naszej strony zniekształceniem poznawczym następujące założenie, które czynimy na skutek uwarunkowań kulturowych: mianowicie, że w danej sytuacji zawsze istnieje winny (tj. konkretna, wskazywalna przyczyna), natomiast może nie istnieć odpowiedzialny (tj. konkretny, wskazywalny czynnik wpływający na następstwa).

    Na skutek tego założenia, w sytuacjach, w których jakiś “kierowca” potrąca jakiegoś “pieszego”, większość z nas przyjmuje rolę załogi radiowozu. To zaspokaja naszą potrzebę sprawiedliwości, tyle tylko, że pieszy dalej leży na ulicy i wykrwawia się lub też może stracił przytomność.

    Jeśli zależy nam na tym, żeby pieszy wyzdrowiał, to właściwą rolą jest rola załogi karetki. W tej roli pojęcie winy w ogóle nie funkcjonuje. Istnieje odpowiedzialność za przyszłe zdarzenia. Ustalanie winy jest stratą czasu. Jeżeli załoga karetki zacznie od spisywania kierowcy, to może nie zdążyć z resuscytacją.

    Przykład z dyskusją o szansach młodych jest bardzo dobry, bo ładnie widać na nim, jak wszyscy szukają winnego sytuacji, a mało komu starcza uwagi na zastanawianie się, jak zwiększyć szanse młodych. Nie dopuszczamy myśli, że może nie istnieć winny (lub też, że może to być nieważne), natomiast łatwo godzimy się z myślą, że może nie istnieć odpowiedzialny (w przeciwnym razie odczuwalibyśmy dyskomfort na myśl o tym, że odsunęliśmy tę odpowiedzialność od siebie – no bo jeśli nie my, to kto w takim razie?).

    Koniec końców rzecz sprowadza się do tego, że jakkolwiek istnienie radiowozu nie wyklucza się wzajemnie z istnieniem karetki, to nie jest praktycznie osiągalnym bycie radiowozem i karetką jednocześnie, ponieważ wymagają one zupełnie odmiennych toków rozumowania. W złożonych sytuacjach społecznych łatwo o podział ról analogiczny do tego, jaki przyjmują osoby zaangażowane w wypadek drogowy. W sytuacjach osobistych, gdy siedzimy wieczorem na łóżku, sam na sam ze swoim poszkodowaniem, musimy niestety coś wybrać. I wtedy dużo lepiej być karetką niż radiowozem.

  13. Jasne, że wkurwienie jest pierwszym zdrowym stopniem drabiny wydobywczej. Pisz o tym wszystkim, co powoduje wykluczenie i odrzucenie jednych przez drugich. Może wreszcie co niektórzy ockną się z letargu.

Dodaj komentarz