Category Archives: statek matka

próby samobójcze

Kolejne trzy tygodnie zaległego urlopu i od razu zapalenie krtani skrzyżowane z awarią kręgosłupa. Umieram na szezlongu pod kocem. Zeszłym razem było zapalenie gardła, więc można założyć, że następnym razem czeka mnie zapalenie oskrzeli. A jeszcze następnym, jak słusznie zaważyła s., zapalenie płuc.

E. smsnęła: “Jak mi w grecji taki numer wywiniesz sprzedam cie na kebab zlym grekom z poludnia”. Myślę, że na wyjazd z E. wezmę urlop bieżący.

Co mi przypomniało moją niedawną próbę samobójczą przez smsy:

N.: Jak się masz, chorasku?
R.: Skończyły mi się książki i seriale, jutro będę w pracy.
N.: Jak przyjdziesz chory, to Ci jebnę.
R.: Jaki chory, gdzie chory, antybiotyki brałem, wszystko we mnie umarło.
R.: I nigdy, kurwa, przenigdy więcej nie mów do mnie chorasku.

Do poczytania: http://lcamtuf.coredump.cx/focusbug/.

jestem wesoła, trochę szalona

Z marketingu — dwója. Zamiast odjąć sobie 10 lat i pisać bloga pt. “jedyne cycki na roku”, mamroczę na kompletnie żaden temat i jeśli się nie mylę, czyta mnie dokładnie jedna osoba (get a life!). Jednak swoją nieoczywistą funkcję ten blog spełnia znakomicie — daje mi świetne przedsesyjne zajęcie zastępcze i jest czymś, na czym się kompletnie nie znam, więc dochodzi przyjemność poznawania nowego.

Wiem już, że robię niemodnie. Teraz pisze się blogi na temat, na poziomie, czyta się i komentuje cudze wpisy, jest się częścią społeczności i wkłada się wartościowy, no, wkład, w to szambo, z którego w 97% składa się Internet.

Tylko że ja społeczność niekoniecznie,  cudze blogi niewiele mniej (te, do których zaglądam, gdzieś tu kiedyś wyświetlę, bo zdaje się taki jest zwyczaj), a wartościowy wkład proszę sobie zwinąć w ciasny rulonik i mi nim nie machać przed nosem. To jest mój blog, wynocha.

Polituję się nad sobą jeszcze najwyżej godzinkę, a potem będę czekać na telepatyczne instrukcje, jak nie pisać bloga o poszukiwaniu sensu bloga.

Do pooglądania: bębenki

not compatible

Blog to nie dla mnie. Stanowczo za dużo dzieje się w mojej głowie, żeby pisać tak o, o wszystkim. Paluszki nie nadążą. Nie chodzi o to, że nie dam rady tego ogarnąć  i uporządkować. Ja nie chcę, lubię ten nieustający przelot. Jak szybowanie nad oceanem, tylko że przestrzeń, wiatr i woda są w środku, a nie na zewnątrz.

Ale ja nie o tym. Tylko że już nie pamiętam, o czym.

S. martwi się, że ząb jej się popsuł 12 dni przed Ważnym Wyjazdem i że to okropna złośliwość losu, bo człowiek tak czeka i czeka, a tu takie świństwo. Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że w 12 dni naprawi tego zęba i jeszcze następnego zdąży (odpukać). Żeby tak każdy ząb odzywał się z kulturalnym wyprzedzeniem! Mógł przecież eksplodować podczas podróży. I potem byłby film “Zęby w samolocie” z łysym Murzynem w roli S.

Tymczasem u mnie też do dupy w czasie — tydzień przed sesją zapalenie gardła. I siedzę sobie półprzytomnie, próbuję wyzdrowieć (scena z filmu: pan dostał w bańkę i usiłuje szybko oprzytomnieć. To coś takiego, tylko rozciągnięte na parę dni. Shoot me already.) i chociaż ściągi porobić, bo z uczenia się wychodzi mi tylko bezmyślne kapanie śliną na wydruki.

Szkoda, bo tematy konkretne i fajne, np. metody numeryczne (trzeba było rozwalać zadania na zajęciach, a nie odkładać na ostatnią chwilę!!! teraz nie umiem aproksymacji i jest Za Późno!) i podszewki protokołów (będzie można szpanować na imprezach, o bejbe, psa nazwiemy Bubba albo Skeeter). Niestety, rzeczy konkretne na widok istoty chorej otrzepują z oburzeniem swoje neseserki i spierdalają. A człowiek otumaniony i zawinięty w koc chwytliwość ma słabą.

Adremy też mi zwiewają.

Czas, czas. Czas robi sobie ze mnie jaja. Zazwyczaj kładę się spać koło 4 i wstaję w południe. Teraz, po dwóch tygodniach urlopu i trzech tabletkach antybiotyku, nie chce mi się spać przed południem. Zasypiam koło 13, jak się zmuszę (i nagle wysypiam się w ~5 godzin). Jest dziwnie. Przecież nie ma takiej godziny, siódma, dziewiąta rano. Nie ma. Oddajcie mi moją dobę!

omamy

Sesja idzie, więc biurko wysprzątane, naczynia pozmywane, łazienka czysta, manikiur/pedikiur zrobione, blog założony, dwa nowe seriale ściągnięte, gg (tfu, na psa urok) zainstalowane, kilka obiecujących flejmów na niusach podpalonych, papiery do nauki ułożone pod kątem prostym, długopis zatemperowany — pełna gotowość do nauki. A tu nagle ostre zapalenie gardła, zimno, gorąco, kocyk, herbatka, antybiotyk i… znakomite haluny! Sporo wzrokowych, lekkie przygłuszenie, trochę błędnikowo-dotykowych zmyłek. Mega! Za młodu (chorując co dwa miesiące przez dwa tygodnie) jakoś człowiek mniej doceniał efekty specjalne.

Do poczytania: Marketing Translation Mistakes

nie, nie, nie


Stoi taki nade mną, łypie, dyszy w kark, oprze czasem o oparcie, potrzęsie krzesłem.

– no co chcesz.
– pogadać chciałem
– ale ja nie chcę.
– ale poradzić się chciałem.
– nie mogę, robię coś
– *grumble* aaale jesteś.

Może sprawię sobie takie tabliczki do podnoszenia w odpowiednich momentach. “Proszę przeszkadzać i stać nad głową”. “Nie potrzebuję powietrza”. “Chyba cię pojebało”. “Tak”. “Nie”. “Sprawdź w intranecie”. “Masaż karku przyjmę”. “FOAD”.