as it should be

Miałam zabawną przygodę w nocy. One Up Gaming ukradło film z koncertu na afterparty Pixel Heaven. Zorientowałam się przypadkiem. Spokojnie, już w miarę posprzątane, ale ku pamięci opowiem.

Nagrywałam jajako Dekompresor TV, nagranie ze swojej kamery udostępnił też Aruan, z którym ziomimy się od czasu trzeciego Intel Outside (czasy lekko antyczne), dzięki czemu udało mi się wykonać sympatyczny montaż. Sukces miał więcej rodziców: bardzo pomogła mi tego wieczoru Magda oraz ogromny kudos dla Tomka, który wpadł na genialny pomysł wykorzystania statywu mikrofonowego do wetknięcia kamery w najlepszym możliwym miejscu. Łapusz, organizator całej imprezy, kilkukrotnie zapobiegł naszemu odwodnieniu. Ludzie z widowni cieszyli się, że będzie nagranie spod sceny, uważali na nasz sprzęt i ogólnie wszystkim bardzo dziękujemy, polecamy się na przyszłość.

Koncert był rewelacyjny. Nagranie częściowo oddaje atmosferę, ale jeśli ktoś nie mógł nań dotrzeć, to na bezrybiu wystarczy.

Szukałam materiałów dodatkowych do swojego raportu z Pixela, ponieważ udało mi się off the record porozmawiać z Dino Dinim o jego stronie dwudziestoletniego konfliktu między nim a Jonem Hare. Byłam ciekawa opinii drugiej strony, a nie chciałam Jona o to nękać fejsowym czatem, bo wolę o takich rzeczach rozmawiać na żywo.

Przypadkiem trafiłam na nagranie dwugodzinnej webkastowej rozmowy Jona z One Up Gaming, które próbowało pobić rekord Guinnessa w długości jednorazowej transmisji na żywo (czy coś takiego. Jest kilka kanałów o tej nazwie, chodzi o ten, który ma w logo czarno-czerwoną głowę). Trafiłam w dziesiątkę — Jon opowiedział tam wystarczająco dużo o swojej rozmowie z Dino przed koncertem, żebym miała coś sensownego do raportu. Był też wzruszony publicznością na koncercie i ogólnie faktycznie wszyscy wzięliśmy udział w czymś istotnym historycznie dla naszej malutkiej niszki. Prywatnie mało rzeczy bardziej mnie cieszy, niż uroczysta śmierć jakiejś dramy. Więcej napiszę w raporcie, a link do tej rozmowy dam za parę dni, jak przestanę być odrobinę obrażona na One Up Gaming (albo guglajcie na tubce samodzielnie. Prowadzący jest półżywy ze zmęczenia, ale Jon ładnie mówi).

Z wywiadu wynikało, że One Up Gaming streamowało koncert na żywo, zaczęłam więc szukać — oglądam wszystkie nagrania z tego wydarzenia, bo lubię się wzruszać. No i znalazłam. Wrzucone dzień później nasze nagrania, mój montaż, lekko zmieniony tytuł, z opisu wycięte creditsy Dekompresora i nasze nazwiska, dodane podziękowanie dla Jona za zgodę na streamowanie koncertu na żywo, na całe wideo w miejscu logo Dekompresora naklejone logo One Up Gaming, na początku dodane napisy:

Śmiałam się tak, że chyba obudziłam psa sąsiadów. Pośmiałam się więc trochę ciszej na fejsie, żeby Tomek i reszta ekipy też się pośmiała. Twórcy z usmiechem wyciągnęli copyright complaint form, inni zgodnie zaśmiali się, że za takie rzeczy należy urywać dupę i ja się z nimi zgadzam.

Nie da się niechcący zajumać filmu na tubce, to wymaga zainwestowania pewnego wysiłku — nawiasem mówiąc, wysiłku większego niż napisanie do twórców, spytanie o zgodę na lekką edycję, a po ustaleniu warunków współpracy pobranie pliku i udostępnienie u siebie. Wiem, bo zdarza mi się to drugie. Zresztą staram się oddawać honor w credtisach, jeśli korzystam z czyichś materiałów, to zawsze przyjemne i niemal zawsze łatwe. Poza tym gdy się do ludzi napisze, to dają materiały lepszej jakości niż to, co można im ukraść.

Nie lubię słów “złodziej” i “kłamiesz”, staram się ich nie używać. Mają za duży ciężar i trzeba je nosić bardzo ostrożnie (w tym woreczku noszę też “nie masz racji” i parę innych, które z powodzeniem można zastąpić innymi, od których nie robi się przykro, a posuwają rozmowę do przodu).

Ale to nie pierwszy raz, kiedy ktoś mi coś ukradł. Wciąż mam w szafce poświadczone notarialnie dowody z 2011 r. na to, że pewien serwis rąbnął kawałek nerdkyi i użył jej do reklamowania swoich usług — nadal to robi, właśnie zajrzałam na ich stronę. Nie mam kiedy się tym zająć, głupio mi zawracać głowę znajomym prawnikom o taką pierdołę.

Zresztą od wieków większość roboty pozazawodowej wystawiam w internetsach za darmo albo cołaska, na CC z atrybucją, żeby było łatwiej nie kraść, tylko po prostu korzystać.

Jon czatnął mnie w innej sprawie o piątej rano, więc przy okazji spytałam, czy wie, że jego ziom ukradł nasze wideo i powołuje się na niego w opisie. Jon był zaskoczony, zachował się pomocnie, popatrzył, podpytał, poklikał, natychmiast napisał do Davida. Zapewniłam, że nie mam problemu ze streamowaniem naszego filmu, lecz z wystawianiem go jako swojego, a David może śmiało do mnie pisać na fejsie, jeśli czegoś potrzebuje w tej sprawie. David zdjął zajumany film z tubki.

I dziś to by było na tyle. Zajrzałam na stronę One Up Gaming, mają tagline “gaming as it should be…”. Jon jest jednym z ich głównych wspieraczy. Mają interesujące tematy podkastów (nie słuchałam), do niektórych znajdują sponsorów. Czemu zajumali nagranie? Nie mam pojęcia.

Na koniec coś, co w teorii przydaje się w takich sytuacjach. Mianowicie jeśli ma się dowolny konflikt, dobrze jest ustalić, jakie zakończenie konfliktu będzie zadowalające dla wszystkich zainteresowanych. Gdy się już wie, co będzie zadowalające dla naszej strony, bardzo dobrze jest to zakomunikować pozostałym. Potem jest czas, żeby na bieżąco rozważać kontrpropozycje tak, żeby się ewentualnie nie poczuć stratnym, bo happy end jest wtedy, kiedy wszyscy godzą się na jakiś end i są z nim happy.

Praktyka, w odróżnieniu od teorii, jest jednak taka, że w cichości ducha liczy się na przyzwoitość wszystkich uczestników. I ja, na ten przykład, nie umiem zakomunikować w takich sytuacjach, że częścią mojego happy endu jest usłyszenie “przepraszam, zjebałem, z mojej strony wyglądało to tak, że…”. Coś, na co mogę odpowiedzieć, że “cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy” i wszyscy możemy napierdalać dalej w spokoju.

5 thoughts on “as it should be”

  1. W 1995 zajumałem kilka osobnych obrazkow ruszajacej sie flagi, zmienilem kolor tla na bardziej zajebisty i zrobilem z tego anigifa. Poszlo na strone, co stala do 1996. Okolo 2000r ten gif byl conajmniej w kilkunastu tys kopii. Z jednej strony sam zajumalem, z drugiej dokonalem jakiejstam byc moze tworczej modyfikacji; z trzeciej odkrycie sprawilo poczucie “owwww, that escalated quickly”

  2. Pamiętam, jak w roku bodajże 2002 napisałem na prgk posta o trollach. Myślę, że do dzisiaj jest to mój najbardziej poczytny tekst w karierze. Jak na tamte czasy był z niego niezły wiral, bo po miesiącu Google zwracało około dwustu wyników (innych niż archiwa Usenetu). Ludzie go zwłaszcza bardzo chętnie wklejali na różnych forach. Mniej więcej w połowie przypadków w tekście brakowało informacji o autorze i miejscu pochodzenia, co było o tyle ciekawe, że wymagało od wklejającego dodatkowego wysiłku, tj. wycięcia tej informacji.

  3. Z drugiej strony. Zdarzyło mi się raz czy dwa szernąć (w dyskusjach, raczej nie w pisaninie poważniejszej) coś odruchowo a głupio, bo z założeniem, że autor wpisu jest autorem tekstu/zdjęcia/pracy lub do autora nie dotarł, nadrabiałam potem z własnej woli lub pogoniona przez przytomniejszych bliźnich, bijąc się w biust. Raz nawet zbyt nadgorliwie – zacytowałam w komentarzu mały fragment z blogu M.Szczygła w odpowiedzi na jakiś post publiczny, z podaniem autora i linkiem, po czym przypomniałam sobie, że stoi u niego jak wół, że bez jego zgody jakiekolwiek kopiowanie zabronione i buch, skasowałam komentarz.
    Czyli – rozumiem przeoczenie, pośpiech, zachwyt i chęć podzielenia się, bez refleksji, że cudze i uwaga. U mniej obytych czy słabo obeznanych z prawem autorskim (skądinąd to coraz słabsze wytłumaczenie) nawet bardziej rozumiem;)
    Casusy zaś jawnogrzesznego zagarniania utworu dowolnej maści mają to do siebie, że ich sprawcy niekoniecznie równie jawnie nadrabiają szkody, nie po to wmiatali pod dywan, by wymiatać. Może nie ma takich zbyt wielu, ale brużdżą tej cichości ducha liczącej na przyzwoitość.

  4. Kolega robiacy polprofesjonalnie zdjecia oplaca adwokatke – pani dostaje jakas niewielka, stala stawke + procent od tego wyprawoci.
    Pani odwala za niego cala robote prawna i wszyscy sa szesliwi.
    Kumpel twierdzi, ze niezle wychodzi na swoje (ponoc wymienil za odszkodowania sprzet foto na lepszy, a mial naprawde niezly).
    W zasadzie to nie robiloby mu to az tak finansowo, bo zarabia naprawde dobrze, ale piecze dwie pieczenie przy jednym ogniu: dostaje pieniadze za swoja prace, a przy okazji uczy poszanowania dla praw autorskich.

    Nie wiem czy niesciganie nie napedza zlych mechanizmow kradziejstwa

    Fun fact – jakby sie kradzieje do niego zglaszali zeby kupic na legalu, to wychodziloby im to jakies 10 * taniej

  5. Gdyby ktoś się zastanawiał, czy coś dobrego wynikło z ekranizacji “Wiedźmina” – były to moje wakacje ufundowane z fotek zajumanych do menu DVD :-)

    A tekst “Akademia Pana Kleksa – niebezpieczna sekta” sprzed lat przeszło piętnastu co i rusz wypływa na kolejnych prawicowych portalikach jako analiza a lewicowych – przykład oszołomstwa. Co ciekawe, nie wszędzie wycięto podpis.

Dodaj komentarz