wolne na wiosnę lub ciemna strona mocy

Był maj, kwiaty pachły, a ja oglądałam telewizję nocą. Trochę ta nocia odleżała, bo po maju nieco przesadziłam z pracą.

Spędziłam właśnie trzy dni w pięknym domu z obłędnym tarasem. W domu są koty, a na tarasie ptaki. W pokoju, w którym śpię, jest telewizor z telewizją, czyli coś, czego nie widziałam od ładnych paru lat. Konkretnie od połowy 2003 r.

Miałam odpocząć od roboty graficznej i coś popisać, ale pisanie nie wyszło, bo dopóki nie przeczytam jakiejś książki po polsku, nic dobrego nie napiszę, bo chwilowo przestałam umieć pisać. To pewnie od nieczytania po polsku.

Odpoczywanie też fiaskowe, bo codziennie odbierałam dwa telefony na temat nowych robótek (tych fajnych, co to szkoda odmówić).

No, ale wyspałam się, chociaż nawet nie rozłożyłam kanapy. Nawet w kinie byłam! Oraz kilka razy na spacerze. Kurde, ależ fajne jest chodzenie na spacer. Nie rozumiem, dlaczego nie mogę tak normalnie, bez odświętnej okazji, sama się poszwendać z przyjemnością.

A teraz jest trzecia, więc wyszłam na taras posłuchać wspomnianych ptic. To jest ogromnie przyjemne i jestem pewna, że można wykonać nawet w mieście. W sensie przewietrzyć się w nocy, bez pośpiechu, goni myślowej itd.

Włączyłam tę telewizję celem zapoznania się ze współczesnymi teledyskami oraz ogólnie z tym, co tam publiczność zażywa ponoć powszechnie.

Powiem tak — najfajniejszy w telewizji do tej pory był serial na kanale chyba irańskim, występowali sami aktorzy mężczyźni, zasugerowano, że gdzieś w namiocie daleko są kobiety, ale nie pokazano. Szwendał się eunuch oraz osioł, na grzbiecie którego ponoć znajduje się złośliwy duch ojca tego bohatera, który nie ma pieniędzy, i ten duch wszystkich dusił.

Na kanale z polską muzyką najlepsze były przerywniki. 99% teledysków na jedno kopyto, wyglądają tanio. Teksty ŻENUJĄCE. Jeśli dobrze chwytam, utwory ogólnie traktują albo o tym, że ktoś gdzieś zostaje, chociaż miał iść, że ktoś ma coś na temat smaku czyichś ust (w ogóle “usta” są chyba mocno rymowalnym słowem ostatnio), że jest jakiś mecz albo że ktoś odszedł i ma się pałować w sensie romantycznym.

Jest jedna stacja poświęcona wyłącznie ojcu Pio i jedna, w której całą dobę jacyś Włosi grają w pokera. Więcej syryjskich kanałów niż anglojęzycznych.

Teleszoping jak zwykle przyjemny, zwłaszcza takie urządzenie czyszczące wszystko za pomocą pary i szmatki z mikrofibry, ale byłam zaskoczona, bo krem na pryszcze reklamował sam Justin Bieber! (Wiem, kto to, bo siedzę w internecie. Mówił, że był nieśmiały przez te pryszcze i że bez nich jest lepiej. Dać mu wódki).

Wiadomości z kraju i ze świata wyłączały mi się same, skurcz palca. Nie podobają mi się. Nic mi się w nich nie podoba. Ani dobór informacji, ani sposób ich przedstawiania. Wszystko jest skandalem, aferą albo innym czymś bardzo ważnym, podczas gdy średnio rozgarnięta komoda drewniana zauważy od razu, że chuj wiadomo, a pojutrze nikt nie będzie o tym pamiętał, bo to się nie ma nawet o co w mózgu zaczepić.

Nie wytrzymałam dłużej niż 20 sekund żadnego serialu w języku polskim, bo co próbowałam, to ktoś się odzywał napiętym głosem i sztywną frazą.

W nocy wszędzie jest dużo wróżek i softpornowego namawiania do gorących esemesów.

Ogólnie po godzinie na polskim kanale muzycznym mam do siebie żal, że nie jestem młoda, szczupła i gładka na pysku. Podobne objawy miewam po dłuższym czytaniu czasopism tzw. kobiecych z wyższej półki (tych lajfstajlowych, nie plotkarskich). Jest dla mnie oczywiste, że skoro nie jestem i nigdy już nie będę młoda, szczupła i gładka na pysku, nic cennego w życiu nie osiągnę.

Zadziwiająco przyjemne są kanały z diskopolo. Trochę rozczarowało mnie Discovery, bo ciągle trafiałam na jakieś niby że naukowe tematy, ale przedstawione jako magia i straszność. Kanały z kreskówkami puszczają jakieś pawie.

Na religia.tv trafiłam na reklamę programu operującą hasłem JAK ROZPOZNAĆ ZŁO. Przełączyłam na dwójkę i akurat leciały szóste Gwiezdne Wojny. Może akurat trafiłam na dobry moment, ale wychodzi na to, że bardzo łatwo rozpoznać zło — jest ubrane na czarno i opowiada o tym, jaki jesteś mizerny, jeśli nie stoisz po jego stronie mocy.

6 thoughts on “wolne na wiosnę lub ciemna strona mocy”

  1. Zacząłem chodzić do pracy, 4km, w tym prawie 2 przez park. Sprawność mózgu poprawia się od kopa, ale przez te ptice i aparat fotograficzny zacznę się chyba (bardziej) spóźniać do pracy… ;)

  2. no, fałdy też :D
    w rodzinie największa panika od lat podnoszona na każdym zlocie, to nie starość, samotność czy niedołężność, tylko obawa, że potracimy rozumy.

  3. Zdarza mi się biegać na bieżni na siłowni dłuższą chwilę i jest to potwornie nudne. Próbuję zabić nudę włączając telewizor zamontowany nad bieżnią. A tam do wyboru pewnie z osiem kanałów. Zaczynam przeważnie od polskiego kanału muzycznego, bo do muzyki biega się lepiej. Oglądam go dopóki mój poziom zdegustowania nie przekroczy pewnej granicy (niektórym teledyskom udaje się to natychmiast osiągnąć). Następnie mam do wyboru albo wiadomości po angielsku ze wspaniałym brytyjskim akcentem (słuchanie akcentu jest miłe, ale nie mobilizuje do biegania) albo dostępny kanał sportowy (“będę wyglądać tak jak oni, będę…”). Ostatnio jeszcze widziałam program o małych dziewczynkach w USA, które miały zostać gwiazdami tańca. Skończyło się tragicznie, bo ktoś zajął tylko drugie miejsce w konkursie. Nic dziwnego, że potem takie fochy na olimpiadzie…

  4. Tak a propos tekstów piosenek to były ostatnio jakieś badania, z których wynikało, że ogólnym ujęciu 90% z owych tekstów dotyczy rozmnażania.

Dodaj komentarz