original soundtrack

Oglądam właśnie “He-Man and the Masters of the Universe” z 1987 r. i oczywiście znakomite kostiumy, kolory, scenografia, czeski piłkarz, który zjadł głowę Dolpha Lundgrena, młodziutka Courtney Cox, ale przede wszystkim — koszmarna muzyka jako podkład w każdej scenie.

Dla porządku dodam, że odpowiedzialny za to jest Bill Conti, który później nie zrobił muzy do niczego dobrego, a moje oko przyciągnął tytuł “2 Birds with 1 Stallone“. Nie klikałam. Nie klikam w rzeczy, które się tak nazywają.

Wracając do meritum, większość znajomych funkcjonuje wśród dźwięków, jedni bardziej siedzą w częstotliwościach i trenują implanty, inni wyciągają słuchawkę empetrzygrajka z ucha tylko kiedy z kimś rozmawiają, a i to nie zawsze. Jak wracają do domu, puszczają sobie podkład, żeby nie było w nim tak cicho (chyba że z kimś mieszkają, wtedy może się zdarzyć, że puszczają sobie podkład, żeby nie było tak głośno).

Sama nie wychodzę z domu bez słuchawek w uszach. Uważam to za niezbędną barierę w zbiorkomie i na przystankach, gdyż ludzie mnie wkurwiają, a słyszenie ich głupiego gadania wysysa ze mnie radość życia. Nie lubię łazić tak-o, więc muzyczka daje rytm. Przez ostatnie tygodnie słucham tracków z “The Impossible Game”, serdecznie polecam (muzykę, nie grę), bo oprócz licznych zalet nie przeszkadzają w czytaniu. Jak mi się skończy bateria w grajku, udaję, że wcale nie.

Moim pierwszym odruchem po powrocie z pracy nie jest włączenie jakiejś płytki (ani piątym, ani nawet w ogóle. Włączam sobie seriale albo gierkę, zresztą zwykle miły pan śpiewa pod domem piosenkę piłkarską). Szmer zasilacza jest najsłodszą melodią (a także: terkotanie maszyny do szycia, płodowe chlupanie pralki, bzyczenie powiedzmy elektrycznej szczoteczki do zębów, szum suszarki do włosów).

No więc jak Szkieletor popylał po swojej grocie do rytmu nerwowych skrzypków jakże modnych w latach 80., pomyślałam, że może moje życie jest smutne bez muzyki w tym pustym mieszkaniu i może człowiek powinien (przeczytałam chyba na jakimś demotywatorze, tam zwykle człowiek powinien)  puszczać sobie taki podkład, jaki chciałby mieć w zajebistym filmie o sobie.

Wchodzę do kuchni nastawić wodę i czujnie wypatrując prusaka, zbliżam się ostrożnie do kranu.

Jeśli wyjdzie prusak, można obraz przyspieszyć razy dwa.

Jeśli nie wyjdzie prusak, mogę pójść do kibla. Chciałam wymyśleć coś zabawnego na podkład, ale przychodzą mi do głowy tylko śmieszne tytuły piosenek, które muzycznie nie pasują. On the second thought, może to:

Chociaż w sumie powyższy kawałek pasuje do większości mojego dnia.

Potem powiedzmy, że trzeba kotom obciąć pazury.

Haha, tak mi się skojarzyło:

Potem mam fuchę i trzeba coś poprojektować. Zwykle dobieram sobie jedną piosenkę akurat pod nastrój projektu i słucham jej w kółko, aż ktoś w drugim pokoju zacznie wymiotować. Pod tę notkę wzięłam:

ale na przykład ostatnio robiłam zeszyty dla wędkarzy

oraz książeczkę o nożach i sprzęcie kuchennym

Gdyby przyszli goście (a przychodzą częściej, niż można by się spodziewać po odległości mojego mieszkania od centrum miasta), to z pewnością na melodię i wykonanie

Czas spać. Przykrywam się kołdrą, zamykam oczy i chuj, nie mogę zasnąć.

Rano wkładam niebieski szlafrok, ciapy (ziomy ze Wschodu nauczyli mnie mówić “ciapy” na kapcie), sunę powoli jak skacowany ludzik miszlę w kierunku drzemki na kiblu, koty miauczą, głodzone od miesięcy, podstawiają mi nogi, przypominam sobie, że kol. Zielony w tej chwili słucha

Jak już dojadę do pracy, to powinna być scena z pewnej odległości, jak odbieram liczne telefony, jednocześnie czytając maile, porządkując papiery i trzecią ręką podając ołówek komuś, kto wygląda, jakby mówił do moich pleców. Wszystko pod muzyczkę:

Potem powiedzmy podchodzi kierownik i ponieważ w moim zawodzie takie akcje nie mają fizycznej reprezentacji, na użytek filmu rzuca on stertę grubych papierów na klawiaturę.

Następnie przychodzi ta godzina, że idziemy z Radziem na rytualną kawę, podczas której omawiamy bieżące wiadomości z kraju i ze świata seriali.

Po kawie jest mi wszystko jedno do końca dnia pracy.

Jak nie podoba Ci się poniższy teledysk, to nie jest najgorszym pomysłem, żeby nasze drogi się rozeszły już teraz.

No, a tymczasem pojadę do domu albo gdzieś.

One thought on “original soundtrack”

Dodaj komentarz