Przedwieczny omlet Extenda

Bardzo dawno temu, jeszcze w zeszłym wieku, Extend poderwał mnie na Klubowe bez filtra i wyśmienite poczucie humoru. Ale jak mogłam na niego nie polecieć, obczajcie: wsiadasz do tramwaju, cały w dżinsie i z czarną teczką, i mówisz głębokim głosem „dzień dobry państwu”. Wyciągnęlibyście bileciki? Wszyscy wyciągali.

Albo to: jesteś słynnym muzykiem scenowym, na party podchodzi do ciebie pryszczaty fan i mówi, że jest twoim fanem, więc zabierasz mu plastikowy kubek z piwem z ręki i wypijasz, a fan się cieszy. O, albo jeszcze lepiej, namawiasz w środku zimy kolegę, żeby wlazł w ubraniu do morza, że co, on nie wejdzie?[1]. Zaraz, jeszcze moje ulubione: zamawiasz pizzę, połowę na cienkim cieście, połowę na grubym, z podwójną warstwą sera, ale ta druga warstwa ma nie być na wierzchu, jak to zwykle robicie, tylko pod dodatkami; do tego na połowie pół porcji pieczarek, a na całości dodatkowa porcja cebuli. Dostawa na stację Gdańsk Główny, peron któryśtam, wagon drugi[2]. Jednakowoż kiedyś Extend dostał pudełko z pizzą i zawieruszoną karteczką „uwaga, upierdliwy klient”[3]. Na deser zacytuję jeszcze dialog:

XTD stoi na przystanku. Podchodzi jakaś pani –
Pani: Przepraszam, czy ma pan zegarek?
XTD: Mam.
Pani: A mógłby mi pan powiedzieć, która jest godzina?
XTD: Mógłbym.
(later)
XTD: Może ta pani po prostu chce się dowiedzieć, czy mam zegarek i czy jestem dobrze wychowany…
KYA: Tak, po przystankach krążą staruszki-tajne ankieterki…

Anyway, oto jego przepis na omlet, poprawiłam tylko przecinki.

Jeżeli, drogi czytelniku (realny lub też potencjalny), jesteś bardzo głodny albo przynajmniej masz ochotę na coś dobrego, a nie masz dwóch godzin czasu[4] na robienie pizzy ani też ochoty do jej przygotowywania, polecam ci zrobienie omleta.

Omlet zasadniczo dzieli się na dwa rodzaje – jest omlet „grzybek” i ten drugi, którego nazwy nie pamiętam, ale na potrzeby tego artykułu można go roboczo nazwać „nie-grzybek”. Nie ma to większego znaczenia, bo i tak nie bardzo pamiętam, który jest który. A więc ustalamy, że są dwa rodzaje omletów i tyle.

Ponieważ jeden z tych omletów robi się identycznie jak drugi, z jedną małą różnicą, opiszę sposób na wykonanie jedynie jednego rodzaju omleta, dołączając krótką informację, jak dokonać transformacji omleta A na omlet B.

Do zrobienia omleta potrzebne nam będą:

  • 2 jajka kurze
  • mleko (mała ilość i ewentualnie niekoniecznie)
  • mąka (niekoniecznie cały kilogram, ale nie zawsze w sklepie chcą sprzedawać mąkę „na łyżki”)
  • sól (szczypta)
  • cukier (podobnie jak sól, prosimy w sklepie o „szczyptę cukru”)
  • smalec (albo, dla zagorzałych przeciwników – dowolnie tłusta substancja spożywcza będąca alternatywą dla smalcu)
  • dżem lub powidła.

Jajka kurze wrzucamy na talerzyk, uprzednio pozbawiając je skorupek. Do owych jajek dorzucamy 2-3 łyżeczki mąki (małe łyżeczki, ale za to czubate), a następnie całość ubijamy.

Można oczywiście mieszać „masę omletową” w kubku przy pomocy łyżeczki, którą uprzednio wsypywaliśmy mąkę (tudzież dowolną inną łyżeczką), ale jest to zdecydowanie bardziej męczące i czasochłonne.

Po ubiciu masy omletowej dolewamy trochę mleka (ewentualnie wody) i dodajemy szczyptę cukru i szczyptę soli. Ważne jest, aby omleta nie przesolić, gdyż będzie zbyt słony. Ważne jest też, aby go nie przecukrzyć, gdyż… hmmm… będzie zbyt słodki!

Po dodaniu dodatków ubijamy masę omletową ponownie celem wymieszania składników.

Na patelnię postawioną na ogniu (np. palniku gazowym, ognisku, płonącej hali Stoczni Gdańskiej) wrzucamy trochę smalcu. Po jego roztopieniu się wlewamy masę omletową i czekamy, aż się zetnie (nie będzie śpiewać, więc trzeba to wiedzieć „na wyczucie”). Następnie, możliwie ostrożnie, zmieniamy stronę omleta (podobnie jak to się robi z kasetą, płytą gramofonową tudzież kompaktową; płytę kompaktową można włożyć odwrotnie, a jeżeli ktoś nie wierzy, to niech spróbuje – pasuje idealnie, chociaż faktem jest, że nie gra). Ewentualnie można omleta przełożyć na drugą stronę (jak np. skarpetki, spodnie, bluzkę itp.). Omleta przekładamy jak najczęściej, smażąc go na wolnym ogniu (tzn. na ogniu niewielkim; tak więc w sumie wyklucza to halę Stoczni Gdańskiej).

CZĘSTE PRZEKŁADANIE OMLETA GWARANCJĄ DOPIECZENIA GO W ŚRODKU!

Upieczonego omleta kładziemy na talerzyk i smarujemy dżemem, po czym zjadamy szybko, gdyż jest to zdecydowanie potrawa jednoosobowa.

Smacznego!
XTD / Mystic

PS
Drugi rodzaj omleta tym się różni od pierwszego, że białko rozdzielamy od żółtka, ubijamy na pianę i dodajemy do ubitej masy omletowej. Samą zaś masę robimy, dolewając mleko na początku, gdyż inaczej niezbyt uda nam się wymieszać mąkę. I tak dalej, i tak dalej. W każdym razie ten drugi rodzaj omleta jest większy (optycznie), co nie znaczy, że smaczniejszy. Jest inny. O! I to jest właśnie „grzybek”. Chyba.

[1] Tinner nie wchodził, ale PeDwa wchodził.

[2] Dostarczali.

[3] Oprawił sobie tę karteczkę i powiesił z dumą na ścianie. Wiele razy zamawiał pizzę do mojego mieszkania na Okęciu; kiedyś zadzwoniłam, bo zgłodniałam, a pani prawie zaczęła płakać i uspokoiła się dopiero, kiedy zapewniłam, że tego pana dziś nie ma.

[4] Nie poprawiam tego ewidentnego błędu językowego, gdyż Extend potrafi przez dwie godziny tłumaczyć, że dwie godziny czasu to jedna rzecz, a dwie godziny nudnego pierdolenia to zupełnie inna jednostka. Był w stanie też uzasadnić istnienie większej i mniejszej połowy (vide połowa pizzy mini obok połowy pizzy mega). Że zacytuję jeden z licznych bonmotów Extenda, „tupnięcie nogą zamienia subiektywne odczucie w obiektywną prawdę”.

 

7 thoughts on “Przedwieczny omlet Extenda”

  1. Omleta nie robi się z maką, proszę państwa. Z mąką to jest jakiś placek, a nie omlet.

  2. mrw: bez mąki to jest jakaś jajecznica, a nie omlet. Omlet się robi z mąką.

  3. Omlet mojej matki wymaga jedynie tego, co zostaje z półproduktów na panierkę po usmażeniu wszystkich schabowych. Półprodukt pierwszy (jajka) wlewa się do drugiego (bułka tarta), miesza się widelcem, wylewa po trochu na tę samą patelnię, na której przed chwilą szły schabowe, i już.

    To, co extend nazywa omletem, na moim podwórku nazywano grzybkiem, z tym że technologia była uproszczona w porównaniu. Wbić do gara dwa jaja, dosypać dwie łyżeczki cukru, ubić aż będzie białe. Dosypywać mąki, nie wyłączając miksera, aż zrobi się gęste (tzn. około jednej szklanki). Trochę rozcieńczyć czymkolwiek, jak się wymiesza to wyłączyć mikser. Nalewać małe placuszki, tak po trzy-cztery na patelnię, na niespecjalnie dużym ogniu. Jak się zarumieni od spodu, przerzucić na drugą stronę, poczekać aż się zarumieni od nowego spodu, zdjąć na talerz. Grzybek zrobi się niepłaski w międzyczasie, stąd nazwa.

    Jak się przypala od spodu, zanim się zetnie od góry, to znaczy, że daliśmy za mało mąki, ale to nie problem, bo zawsze można dosypać (do gara). Zresztą nie musi się ściąć do samego końca, ważne żeby dało się złapać widelcem z brzegu, najwyżej przy przewracaniu nieścięte wyleje się na patelnię i natychmiast się zetnie.

    Toto jest generalnie dość niewrażliwe na proporcje między mąką a rozpuszczalnikiem, więc jak mam fantazję, to rozcieńczam całą szklanką mleka, robię większe placki, i wychodzi coś nieco zbliżonego do naleśnika.

    Jest też wersja z jabłkami. Różni się tym, że zamiast rozcieńczać płynami wrzucamy do ciasta dwa jabłka starte na tarce (bez skórki, chyba że ktoś lubi jak mu coś włazi w zęby). Jabłka powinny być z tych kwaśnych, inaczej placki wyjdą za słodkie. Smażymy na stosunkowo niedużej ilości oleju, bo te placki nie powinny pić tłuszczu (jak musimy dolewać po każdej patelni, to znaczy, że daliśmy za mało mąki).

  4. @Zill: to, co ty opisujesz, u mnie w domu nazywało się plackami. A jabłka można było wrzucić do ciasta w postaci plasterków.
    Omlet natomiast to było jedno jajko, mąki tyle ile trzeba, szczypta soli, na patelnię (też przyjmował postać grzybka). Jadło się z dżemem.

  5. Co wy za omlety robiliście? Omlet krasnostawski wyglądał tak:
    – 3-5 jajek (na jednego omleta), bo lubiliśmy sobie z Młodym i Ojcem pojeść
    – ze 2 łyżki stołowe mleka
    – łyżka browaru, albo dwie, żeby się bardziej puszyste podczas smażenia zrobiło
    – i mąki tak na oko, żeby złapać odpowiednią konsystencję. Odpowiednią konsystencję mogę pokazać kiedyś na imprezie
    – jak omlet będzie na słono, to sól. Jak na słodko, to cukier
    – trochę oleju albo smalcu
    Jajka, mleko i browar do michy, ubić trzepaczką, dodawać mąki i ciągle ubijać. Gdy osiągnie się odpowiednią konsystencję (którą mogę pokazać na imprezie), bijemy żeby narobić piany i wylewamy całość na patelnię, na której uprzednio rozgrzaliśmy (ale nie zjaraliśmy) olej/smalec do takiej temperatury, która szybko dół zetnie.
    Gdy dół omleta się trochę zetnie, bierzemy szpatułkę i od brzegów patelni przesuwamy delikatnie ciasto do środka, żeby się zrobiły fałdy miłości na omlecie. Powstałe wolne miejsce, zręcznym ruchem nadgarstka zapełniamy niezwiązaną konsystencją. Oblatujemy omleta dokoła, dzieląc sobie optycznie obwód na sześć części i smażymy z pół minuty. Jak nam na wierzchu zostało jeszcze lejkie, znowu zsuwamy obwód do środka a wolne miejsca wypełniamy niezwiązaną konsystencją. Gdy już wierzch będzie z grubsza suchy (zawsze będzie trochę mokry ale chodzi o bardziej gąbczasto zwarty a mniej lejący się), rozkręcamy gaz na opór i dajemy omletu w dupę żarem, żeby się na dnie pościnał i lekko przybrązowił. Tak z pół minuty jazdy na maksa.
    I teraz uwaga – takiego omleta zsuwa się na talerz brązowym do dołu a fałdami do góry. Żadnego składania na pół, żadnego kurwa odwracania na patelni, bo nie po to się pieprzyliśmy w orogenezy, żeby to teraz lekkomyślnie przyjarać i pościnać.
    Po zsunięciu wrzucamy nań świeże czarne jagody, dajemy odrobinę śmietany ubitej z cukrem i zjadamy przy pomocy noża i widelca bądź palców. Najfajniejsze jest to, że pasuje do niego absolutnie wszystko oprócz słabych ludzi, których trzęsie na widok nieściętego jajka.
    W akademiku na ten przykład, w okolicach początku miesiąca, by wzbudzić pożądanie koleżanek z piętra akademikowego i zazdrość kumpli bez stypendium, robiłem wersję na bogato. Do ciasta dodawałem podziabany szczypiorek i drobno ściętą, zeszkloną cebulę (byle wystygła, bo nie trza nam glutów skrzepłych przedwcześnie). Na jednej patelni smażyłem omleta a na drugiej ze 2-3 plastry mortadeli w bułce tartej i resztkach jajka omletowego[1]. Mortadela smaży się sama, więc nawet mi to wychodziło. I potem cyk omleta na duży talerz, na wierzch trochę pieprzu i mortadela. Czasami nawet zdążyłem coś donieść do pokoju.
    Pamiętajcie – ŻADNEGO ODWRACANIA OMLETA NA PATELNI, BO TO NIE OMLET TYLKO JAKIEŚ NIEPOROZUMIENIE!
    Dziękuję za uwagę, w następnym odcinku poszukam w archiwum mojego przepisu na jajecznicę kacową.

    [1] Panierka trzymała w smażonej mortadeli najlepsze rzeczy, które bez panierki wypływały z niej i zamiast smażenia robiły nam gotowanie albo duszenie. Dla burżujów z bogatych rodzin jest opcja ze smażoną szynką. Smaczne ale nie tak bajeranckie jak motradela.

  6. A to ci przypadek, ten sam przepis Extenda znalazłem jakiś miesiąc temu w jednym z amigowych magów dyskowych, nie pamiętam już w którym, może “Nie Z Tej Beczki”?

    Sięgąłem do owych magów po jakiś 10 latach przerwy, aby przypomnieć sobie czasy kiedy po ziemi chodziły dinozaury (a Extend był mikro-celebrytą, chociaż wtedy nikt tego tak nie nazywał).

Dodaj komentarz