Jak robić imprezy dla nerdów

Z takim pytaniem zwrócił się kiedyś do mnie jeden z przyjaciół z blogrolki. Zadumałam się, spodobało mi się, więc zadumałam się jeszcze raz. Dlaczego mnie pyta? Skąd mam wiedzieć? Czy to jest pytanie z podstępem?

Szybko i rezolutnie uświadomiłam sobie, że pyta, bo od paru lat przychodzi do mnie na imprezy i wygląda, jakby nieźle się bawił (czyli siedzi w kącie i łypie — Zły Major Witek przyznał, że czasem się za nim skrada i uważa, że to miły człowiek). Zatem zapewne życzliwie założył, że wiem, jak stworzyć warun. No więc to nie tak, że wiem.  Musiałam powrócić pamięcią do wczesnego dzieciństwa, żeby sformułować coś pomocnego.

(Jeśli nie interesują Cię warunki, w których dorastała moja fascynująca osoba w wieku lat 2-5, a chcesz się tylko dowiedzieć, jak zrobić jedną imprezę dla nerdów, kliknij tu).

Kiedy byłam mała, gdzieś pod koniec stanu wojennego, mieszkałam z matką i jej chłopakiem w domku koło Jeziorka Czerniakowskiego. Oboje pracowali w domu (kiedy się wyprowadziłam, nie mogłam zasnąć bez szumu maszyny do szycia i stukania maszyny do pisania, więc zostawiałam na noc włączony komputer) i często ktoś zaglądał.

Haha, jakie fajne niedopowiedzenie. Często, to były pokoty (didaskalia dla młodzieży — pokot następował wtedy, kiedy trzeba było gości przenocować, bo już jest godzina policyjna), na naszej podłodze mieściło się kilkanaście osób pozawijanych w kołdry, koce, obrusy i śpiwory. “Ktoś zaglądał” bez przerwy, wszyscy mieli długie włosy i okulary, a w ręku obowiązkowo papieros i szklanka. Rozmawiali o polityce, poezji i pieniądzach. Nie gotowali i nie jedli, chyba że kanapki.

Raz spytałam matkę, o czym rozmawiają dzieci (żadnych jeszcze nie znałam, a mój brat, którego widywałam w weekendy, był dopiero kłębkiem bawełny i niepokojących zapachów). Po krótkim zastanowieniu odpowiedziała, że o tym samym, co dorośli. Parę miesięcy później do domku obok wprowadzili się nowi sąsiedzi, mieli córkę circa w moim wieku. Dorośli posadzili nas w ogródku, gdzie miałyśmy grzecznie się bawić. Powiedziałam mojej nowej znajomej, że jak mamy pić sok ze szklanek, to oczywistym jest, że musimy się tymi szklankami stuknąć, jak dorośli. Oczywiście robiła to pierwszy raz w życiu, więc trochę się nam potłukło. Wytłumaczyłyśmy rodzicom, co zaszło, a sąsiadka już nigdy nas nie zaprosiła.

Dość wcześnie wyszło na jaw, że mam dobrą rękę do nerdów (bo z normalsami szło mi jak widać). Kiedy miałam ze cztery czy pięć lat, na pięterko wprowadził się samotny pan z synem. Pan często płakał i krzyczał, a mnie poinformowano, że chłopak jest co prawda w moim wieku, ale od miesięcy w ogóle nie mówi i jest aspołeczny, więc nie powinnam liczyć na jego towarzystwo podczas łażenia po drzewach i liczenia pasów na kominach elektrowni. Oczywiście nic mnie to nie obeszło i po paru tygodniach poinformowałam dorosłych o przyczynach strajku młodego człowieka, który po prostu był niewyobrażalnie smutny z braku mamy. Dorośli się trochę podekscytowali, że skąd wiem, ale jak to skąd, powiedział mi. Nie był wybrakowany w narządzie ani upośledzony w rozwoju, tylko po prostu przygnębiony. Wyprowadzili się gdzieś na wieś, a liczne anegdoty z nimi związane zapodam kiedy indziej.

Z nudów szybko nauczyłam się czytać, co wprowadzało pewną niezręczność towarzyską. Mój pokój był przechodni między korytarzem a kuchnią, więc przez parę lat uważałam, że dorośli mają szczególny cykl dobowy: w dzień siedzą albo chodzą wyprostowani, a pod wieczór przemieszczają się na kolanach. Po latach dopiero dotarło do mnie, w jaką paranoję musiał wpędzać czołgających się do kuchni ludzi widok trzylatki z książką, zwłaszcza że lubiłam wylegiwać się na parapecie, na plecach siedział mi kot, a wzrok miałam taki, jak ta dziewczynka ze zdjęcia z pożarem na drugim planie (jak ktoś ma tę fotę, niech wrzuci).

Czasem w nocy ktoś pukał, wsuwał rękę z banknotem, matka wtedy zabierała pieniądz i zamykała drzwi, do których potem ten ktoś się dobijał. Po latach wyjaśniła, że przechodniom często mylił się nasz dom z następnym, w którym była melina.

Nie mogę napisać, że w domu była nieustająca balanga, bo jeszcze się jakaś opieka społeczna zainteresuje. Nie było balangi. Owszem, dużo ludzi łaziło po domu, palili ładnie pachnące papierosy, rysowali kwiaty na ścianach, chichotali, grali na gitarach i czasem śpiewali, puszczali muzykę z czarnych płyt. Nie tańczyli. Jak dużo ich spało, to potem były wesołe śniadania ciągnące się do wieczora. Pisali na zmianę na maszynie, a najczęściej wszyscy siedzieli w dużym pokoju i czytali książki, a matka robiła swetry na drutach albo spała. Czasem w kilkanaście osób siadali wokół radia, a potem się złościli albo wzdychali ciężko. Czasem ktoś mieszkał przez parę tygodni, co było fajne, bo miałam z kim pogadać i pójść popływać w jeziorku (jakiś dzieciak się utopił i nie mogłam już łazić sama).

W każdym razie nie było to nijak podobne do wizyt u cioć-babć, kiedy trzeba było ubrać się w coś niewiarygodnego, nie garbić się przy niskim stole, pić herbatę ze szklanek i uważać na obrus. Czytanie przy stole było niegrzeczne, podobnie jak grzebanie sobie w zębach, zjadanie wszystkich nieświeżych ciastek, niezjedzenie ani jednego nieświeżego ciastka, włażenie pod stół, odzywanie się, co-tak-cicho-siedzenie i zbyt częste pytanie, kiedy wracamy do domu.

Wnioski

Trzeba wyłożyć miseczki z czipsami w punkcie, w którym nerdy mają przebywać. W kiblu umieścić nową rolkę papieru toaletowego. Obciąć kotom pazury, schować lub zabezpieczyć delikatne przedmioty. Powiedzieć gościom, że jak chcą pić alko, to mają go sobie przynieść, a jak zamierzają coś jeść oprócz czipsa, to tym bardziej. Przede wszystkim należy ich zaprosić i podać adres. A jak przyjdą, to się nimi w ogóle nie zajmować.

7 thoughts on “Jak robić imprezy dla nerdów”

  1. Sama prawda. Dodałbym jeszcze, że do kibla należy regularnie dostarczać świeżą Politykę, bo nie zawsze ma człowiek ochotę czytać po angielsku. No i zapomniałaś o lodzie. Dużo lodu w zamrażarce plus Blue Curacao też być musi do elektrycznej. To w zasadzie wystarcza do uszczęśliwienia nerdowni.

  2. Lód i elektryczna istotnie. Ale dobrze, że mi przypomniałeś — absolutnie należy usunąć wszelkie materiały piśmienniczo-czytelnicze z toalety, chyba że chcemy stracić jednego gościa na godzinę, na godzinę.

  3. Do mnie nerdy nie przychodzą. Stosik lektur w toalecie jakoś nigdy nie był powodem obstrukcji tego pożytecznego pomieszczenia:)
    A opis młodości wypisz wymaluj jak u mojego kolegi z podstawówki. Z tą różnicą, że to ja u niego szklanką o szklankę, a nie on u mnie. Książki pożyczaliśmy sobie nawzajem. Nie wiem co u niego słychać obecnie, bo został oceanografem i gdzieś pływa. Raz dał wywiad do DF.

  4. Jejciu, jak mi dobrze i przyjemnie gdy sobie to wszystko wizualizuję. No, cudnie po prostu. :)

  5. Jedni mówią, żeby lektura w kiblu była, inni żeby usunąć, to ja może kompromis- nie dostarczę nowej prasy ale i nie usunę starej, a stara jest nudna, to nikt długo nie zostanie ^^

Dodaj komentarz