Tarta indykowa

Z tartą jest robota, ale wychodzi fajna — można trochę zjeść, resztę schować do lodówki, a potem brać sobie po kawałku do pracy i odgrzewać w mikrofali albo szamać na zimno. U mnie w fabryce kawałek tarty kosztuje 12 zeta, stąd w ogóle zaczęłam kombinować, jak ją zrobić; sfrankensztajonowałam wszystkie przepisy na otre tarty, jakie znalazłam w domu i w zagrodzie, i oto. Jestem pewna, że wychodzi mniej niż dycha za kawałek.

Potrzebne będzie:

  • pół kilo mielonego indyka
  • oliwa lub olej
  • jedna duża cebula
  • co najmniej dwa ząbki czosnku
  • sześć-osiem dużych pieczarek
  • dwa duże pomidory
  • głębsza spora patelnia, która to wszystko zmieści
  • 200 ml śmietany 18 proc.
  • trzy jajka (albo dwa jajka i dodatkowo dwa żółtka, a białka won, bo są wstrętne)
  • miseczka, która zmieści śmietanę i jajka
  • drewniana łyżka
  • blacha do upieczenia tarty — okrągła, wysoka o średnicy koło 20 cm albo niska o średnicy koło 30 cm; może też być prostokątna (rozmiar łatwo obliczyć)
  • papier do pieczenia
  • dwie garście surowej białej fasoli (ha ha, ale serio, jakieś najmniejsze opakowanie)
  • sól, pieprz, może być też przyprawa do kurczaka albo coś
  • rolka ciasta francuskiego, takie mrożone można kupić
  • kuchenka
  • piekarnik
  • opcjonalnie ser żółty

Rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C. Wyciągamy z zamrażarki mielone  z indyka i stawiamy w temperaturze pokojowej, ale z dala od kotów. Albo wsadzamy (w torebce, reklamówce, pudełku) do zlewu pełnego gorącej wody z kranu.

Ciastu francuskiemu w rolce rozwijamy trochę rolkę (jak jest świeżo z zamrażarki, to dajemy mu chwilę na oswojenie się z temperaturą). Wycinamy sobie z grubsza w kształt blachy.

Bierzemy blachę, wykładamy papierem do pieczenia i układamy tam ciasto  (nie tylko na spodzie, na boczkach też). Wysypujemy te parę garści fasoli, żeby ciasto nam nie spuchło przesadnie (tak po wierzchu wysypujemy, boczki mogą trochę spuchnąć, a warstwa fasoli nie powinna być za gruba, bo się denko nie ustali).

Wsadzamy blachę z ciastem i fasolą na kwadrans do piekarnika.

Natenczas cebulę obieramy i siekamy średnio, czosnek obieramy i siekamy drobno, pieczarki obieramy i kroimy w niezbyt cienkie plastry. Pomidory kroimy w plasterki albo inaczej. Ja lubię w plasterki.

Wyjmujemy blachę z ciastem, bo minął już kwadrans, ale nie wyłączamy piekarnika. Wysypujemy fasolę gdzieś, gdzie będzie czekać na pieczenie kolejnej tarty, albo do śmietnika. Sama trzymam w szklanym pojemniku i recycluję wielokrotnie.

Na naszej głębszej sporej patelni rozgrzewamy oliwę/olej (tak ze cztery łyżki, ale w sumie to na oko). Wrzucamy cebulę i czosnek, chwilę przesmażamy. Dorzucamy pieczarki i przesmażamy jeszcze chwilę. Dorzucamy mielone z indyka (jeśli mrożone miało podłożone taki kawałek papieru, to go odklejamy i wyrzucamy) i podduszamy, aż mielone zmieni kolor z czerwonawego na szarawy. Można trochę popieprzyć, posolić albo doprawić inaczej.

W międzyczasie, jak się poddusza, w miseczce roztrzepujemy np. widelcem jajka bez skorupek i śmietanę bez pudełka.

Do patelni z podduszonym mięsem i warzywem wlewamy mieszankę śmietanowo-jajeczną, wyłączamy gaz i bełtamy dokładnie (jak nie wyłączymy gazu, wyjdzie nam bardzo dziwna jajecznica, a nie o to chodzi). Na podpieczonym cieście układamy pokrojonego pomidora. Zawartość patelni wylewamy na ciasto i pomidory. Wsadzamy formę do piekarnika na circa 45 minut, czyli jeden odcinek “Firefly”.

Jak się upiecze, można posypać serem żółtym.

Dodaj komentarz