House M.D.

R. może jako jedyny jumać mi tematy dowolnie, ale nie kurna trzy z rzędu. Miało być o internetowych anonimach (mieliśmy z dziadkiem na balkonie moment przemyśleń na ten temat), ale w obliczu zaistniałej sytuacji wrócę do tematu zajumanego wcześniej. A R. ma następnym razem solówę na gołe klaty przed fabryką na udeptanym tarasie.

Telewizję odłączyliśmy pięć lat temu, ale telewizor stoi jak najbardziej. Przydaje się do grania na konsolach i, niespodzianka, do oglądania seriali. Dziś pierwszy odcinek:

House M.D.

Nie lubię seriali medycznych, bo doktorzy tam leczą rękami i uśmiechem, a wątki ich problemów sercowych mam serdecznie gdzieś. Poza tym wpienia mnie, że wszyscy dramatycznie oddani pracy lekarze siedzą w Stanach, a jak idę do naszej państwowej przychodni, to mogę zejść w poczekalni, a zainteresuje się najwyżej sprzątaczka.

Ćwierć odcinka “House’a” złapanego w kreteńskiej telewizji wystarczyło mi, żeby stracić rozum. Trzy godziny snu dziennie przez tydzień. Drżączka niecierpliwości. Dziwne, zważywszy że serial pozbawiony jest cliffhangerów. Cicha ekstazka na samo wspomnienie monologów głównego bohatera i jego ponurych min. Dziwne, zważywszy że grający go aktor jest zasadniczo komikiem.

House jest genialnym diagnostykiem, ma seksowną szefową, wiecznie romansującego przyjaciela onkologa oraz troje sidekicków – wrażliwą dziewuchę, przystojnego Australijczyka i ciężko pracującego Murzyna. Na tym stereotypy się kończą. House jest uzależnionym od środków przeciwbólowych kaleką, ma w dupie pacjentów (“everybody lies”), interesują go wyłącznie jednostki chorobowe. Do ludzi odnosi się z ostentacyjną niechęcią (“Sorry. I already met this month’s quota of useless tests for stubborn idiots”), pastwi się nad kołorkerami, molestuje seksualnie szefową (“You are one evil, cunning woman. It’s a massive turn on”), daje sobie w żyłę przy pacjentach, a jego przyjaciel ma zwyczajnie przejebane (“I know you’re in there! I can hear you caring”). Pacjenci wytrzymują z nim, bo nie mają wyjścia, a kołorkerzy, bo jest naprawdę niezły.

Serial jest niepoprawny politycznie, dialogi rewelacyjne, postacie dopracowane, stawianie diagnoz nieproste, medycyna ciekawa, główny bohater zgorzkniały, sarkastyczny, skomplikowany (“I’m not sad, I’m complicated – chicks dig that.”). Najlepszy dramat w odcinkach ever (so far).

– Merry Christmas.
– Happy go to hell.

http://www.fox.com/house/

Dodaj komentarz