trzy dni w kosmosie

Kupamięci. Piątek: techniki światłowodowe proste (a słuchanie wykładu niewątpliwie pomaga). Sobota: sieci bezprzewodowe patrz światłowody (ten sam egzaminator), działania twórcze śmierdzą starymi skarpetami, spotkanie z doktorem G. jak zwykle boskie (załatwił nam wizytę u pana mejnfrejma), egzamin z filozofii niewspółmiernie trudny w porównaniu z zajęciami, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Niedziela: sieciowe systemy operacyjne w sensie linuksy — wykład lekki teoretyczny, zaliczenie mocno praktyczne; wizyta u pana mejfrejma świetna (wyszliśmy mentalnie zaczadzeni, zajebista maszyna), laborka z sieci bezprzewodowych przefajna, przydałoby się więcej takich.

Zabrakło mi entuzjazmu w panikowaniu przedsesyjnym mimo obiecanek zeszłym razem. Oceny są jednak współmierne do paniki na miejscu. Okropnie to demotywujące. Że co, że spróbować nie panikować następnym razem? Chyba miś Ci odjechał!!!!!!!11

A propos działań tfurczych. Materiały są beznadziejne (mimochodem przemieszane kwestie obiektywne z subiektywnymi — a to najdrobniejszy mój zarzut), ale współautorem kursu jest kanclerz szkoły, więc nie pisz paszkwila do dziekana.

Dodaj komentarz