grawitacja

Dlaczego ludzie robią rzeczy, których nie chcą, ale muszą? Nie mówię o tym, że muszą wyrzucić śmieci albo umyć zęby przed snem (bo nie muszą, najwyżej będą mieć trochę syfu i będzie im jechało z pyska). Mówię o tym, że chodzą do pracy, której mają serdecznie dosyć (bo szef jest bucem, kołorker pierdzi twarzą, narzędzie pracy pamięta bitwę pod Termopilami, ale za to płacą zupełnie kiepsko). Albo żyją 125 lat z kimś, kto wyłącznie warczy, kwęka, przestał lubić bzykanie w okolicach stanu wojennego, dwa lata temu zmienił perfumy na zgniłośledziowe, a od jego/jej towarzystwa milsze jest spożywanie tłuczonego szkła z musztardą.

T. powiedziała mi niedawno, że jedyne, co być musi, to grawitacja; reszta to kwestia naszego chciejstwa albo wyboru. (Dajmy spokój prędkości światła w próżni, umówmy się, że grawitacja oblatuje nam prawa fizyki i Murphy’ego).

No więc mnie wkurza, kiedy ludzie trzy czwarte energii życiowej wykorzystują na znajdowanie całkiem dobrych powodów, żeby przypadkiem nie spróbować zmienić czegokolwiek w swoim życiu na lepsze. A już osobliwie wkurzający są ludzie inteligentni na tyle, żeby sformułować swoje potrzeby i antypotrzeby precyzyjnie, a następnie elokwentnie zdecydować, że nic z tym nie zrobią. Bo… No, bo co? Bo pierwszy krok będzie nieprzyjemny? (Tak, bo teraz jest ekstra). Bo boisz się konsekwencji? (Nie daj Boże się uda). Bo i tak się nie uda? (Zagraj w totka, jasnowidzu). Bo nie wolno, bo coś musisz, bo trzeba? (patrz: grawitacja). Bo świat się skończy, urwie Ci ręce, wypali oczy i zdeformuje twarz?

A propos. Proponuję godzinę w komunikacji miejskiej. Rozejrzyj się i zwróć uwagę na te zaciśnięte zastałą złością usta, na pomarszczone od wycia w poduszkę oczy, na te zmarchy, które robią się od napięcia, i dla porównania na te, które robią się od uśmiechów, że tak sobie poetycko to ujmę. Chcesz wyglądać za kolejne dziesięć lat zrezygnowanego życia jak ta wściekła baba z kalafiorem na głowie? One się takie nie robią z dnia na dzień, to są lata ciężkiej pracy!

To nie jest scena, w której rzucasz pracę, żonę i ubranie i biegniesz nago do Katowic, pociągając za sobą rzesze współwyznawców. To jest scena, w której kupujesz sobie czekoladę i zasysając ją w swoim prywatnym tempie zastanawiasz się, po damski chuj znosisz niektóre rzeczy w swoim życiu, zamiast je po prostu zmienić. Albo czemu ich nie olewasz, bo tak naprawdę to są drobiazgi w porównaniu z jakimś naprawdę serio nieszczęściem.

Oczywiście niektóre sprawy są tak trudne, że łatwiej zacisnąć zęby (i podlewać nasionko nerwicy, przeżywając sto lat lekko przestraszonym cichaczem), niż spróbować zrezygnować z tego, co odbiera życiu urok, a co nie musi mieć miejsca. Mówię tu nie tylko o wyniszczającej psychicznie pracy, lodowatym związku albo 15 kilogramach nadwagi, ale też o niewłaściwej perspektywie.

O właściwej perspektywie i o tym, jak żyć, w następnym odcinku. Stay tuned.

One thought on “grawitacja”

  1. To wszystko przez grawitację. Grawitacja uczy nas pojęcia równowagi trwałej i nietrwałej. Trwała jest wtedy, gdy kostka lodu leży nieruchomo na dnie szklanki. Nietrwała jest wtedy, gdy kostka dynda swobodnie na czubku szpikulca i wystarczy dmuchnąć, żeby spadła.
    Równowaga nietrwała jest niedobra, bo jak się raz z niej wyleci, to się już się nie można zatrzymać i nie wiadomo, gdzie się dotrze. Grawitacja sprawia, że powyżej pewnej prędkości kostki lodu kruszą się przy lądowaniu. Równowaga trwała jest lepsza, bo się do niej samoczynnie wraca w skończonym czasie.
    Ludzie są kostkami lodu i siedzą w swoich szklankach. Tak muszą, taka jest ich grawitacja i narzekanie na to przypomina przekonywanie kostki lodu, żeby zaczęła podskakiwać.
    Żeby człowieka ruszyć z miejsca, trzeba albo zbić szklankę, albo tak nią potrząsnąć, żeby zawartość wyleciała ponad krawędź. Wykonalne? Owszem, ale nie bez wysiłku. Z reguły potrzebna jest więcej niż jedna kostka lodu. Oraz jakaś nowa szklanka, do której możnaby wpaść po wyskoczeniu z poprzedniej.
    Nie zmuszaj ludzi do podskakiwania wbrew grawitacji, tylko poszukaj szklanek.

Dodaj komentarz